czwartek, 22 lipca 2010

Faszerowana papryka

Parę dni temu Ania zamieściła na blogu link do starego przepisu na ananasa w miętowym cukrze. W tym samym poście był przepis na faszerowaną paprykę, za którą szczerze mówiąc nie przepadam. Tego samego dnia Łukasz zapytał mnie czy zrobię kiedyś faszerowaną paprykę. Nie miałam wyboru skoro wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że muszę nafaszerować paprykę:)
Przepis Ani jest z indykiem i tak na prawdę nawet się w niego nie wczytywałam. Potraktowałam go jako luźną inspirację i tak też potraktujcie mój przepis, bo tak naprawdę trzeba po prostu wrzucić do farszu to co zalega w lodówce:)


4 duże czerwone papryki
1 woreczek ryżu
6 dużych pieczarek
1 średnia cukinia
3/4 szklanki groszku
pół szklanki czarnych oliwek
1 kulka mozarelli
1 cebula
3 ząbki czosnku
2 łyżki natki pietruszki
zioła prowansalskie
sól i pieprz
łyżka oliwy

W garnku nastawić wodę i włożyć ryż. Kiedy będzie się gotował posiekać drobno cebulę, czosnek, pieczarki, oliwki ( w plasterki) i pietruszkę.
Na patelni rozgrzać oliwę, zeszklić cebulę i czosnek, dodać cukinie i mieszając smażyć kilka minut. Dodać pieczarki i podsmażać następne parę minut aż woda wyparuje. Kiedy jarzyny będą gotowe dodać groszek (może być mrożony lub konserwowy), oliwki i ryż. Doprawić ziołami, solą i pieprzem oraz zieloną pietruszką. Wszystko dokładnie wymieszać.
Mozarellę pokroić na plasterki. Cztery plasterki odłożyć, resztę pokroić w kostkę i wymieszać z resztą farszu.
Piekarnik nagrzać do 180 stopni.
Paprykom można odkroić kapelusik, ale wygodniej jest paprykę położyć i odkroić bok. Wtedy nie rozwala się tak bardzo przy jedzeniu. Tak więc należy odkroić wybraną część, wydrążyć z pestek i "ścięgien" i nałożyć farsz. Przykryć farsz plasterkiem mozarelli i odkrojonym plastrem papryki. Ułożyć na kratce do pieczenia i piec ok 30 min.
Smacznego:)


A na dokładkę jeszcze Mamut w trawie:)

wtorek, 22 czerwca 2010

Lasagne, jarzyny i jeszcze raz jarzyny


Dzisiaj rano zobaczyłam w sklepie bób. Pierwszy raz w tym roku, jasno zielony, drobniutki uśmiechał się do mnie z woreczka. Od razu pomyślałam o lasagne z bobem które ostatnio znalazłam u Agnieszki z Kuchni nad Atlantykiem. W oryginalnej wersji poza bobem było tam mięso i sos z jajkami więc wymyśliłam swoją, znacznie zmodyfikowaną wersję.
Łukasz nie jest zbyt wylewny jeśli chodzi o chwalenie tego co gotuję. Dziś stwierdził, że to najlepsze lasagne jakie kiedykolwiek zrobiłam. Mimo, że nałożyłam dość spore porcje prawie natychmiast zażądał dokładki:)


kilka płatów lasagne (ja zużyłam ok 12)
300g bobu ugotowanego i wyłuskanego (dobrze radzę ugotować 400g. Nie da się nie podjadać przy obieraniu)
2 czerwone cebule
4 ząbki czosnku
3 młode marchewki
2 cukinie
2 czerwone papryki
1 mały por
1 seler naciowy
1 puszka pomidorów
łyżka koncentratu pomidorowego
pęczek szczypiorku
bazylia, oregano
sól i pieprz
łyżka oliwy

łyżka masła
łyżka mąki
mleko
sól i pieprz
trochę gałki muszkatałowej
parmezan

Cebulę drobno posiekać i podsmażyć na oliwie w głębokiej patelni. Po chwili dodać pokrojony w plasterki czosnek, posolić i szklić na wolnym ogniu. Kiedy cebula i czosnek będą gotowe dodać pokrojone w drobną kostkę papryki, pora i seler. Jedną marchewkę pokroić w cienkie plasterki i jedną cukinie zetrzeć na tarce. Dodać do reszty jarzyn i dusić aż lekko zmiękną (ok 10 min)
1/3 gotowych jarzyn przełożyć do miski, dodać pomidory, sok z pomidorów, koncentrat i przyprawy. Zmiksować nie bardzo dokładnie.
Do pozostałych na patelni jarzyn dodać drugą cukinie pokrojoną w cieniutkie plastry (najlepiej obieraczką do jarzyn) oraz bób. Dusić 2-3 minuty żeby cukinia troszkę zmiękła. Dodać szczypiorek i doprawić.
W garnuszku rozpuścić masło, dodać mąkę i wymieszać. Poczekać aż zasmażka zrobi się lekko złota. Zdjąć z ognia i cały czas mieszając powoli dolewać mleko aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Dosypać garść parmezanu i postawić jeszcze na chwilę na ogniu.
Na dno naczynia żaroodpornego wylać trochę sosu, tak by przykrył całą powierzchnie. Układać kolejno płaty makaronu, sos jarzynowo pomidorowy, podsmażone jarzyny i beszamel, aż do wyczerpania składników. Ostatnia warstwa to makaron, sos jarzynowy i parmezan
Przed posypaniem parmezanem na sosie położyć dwie młode marchewki umyte i przekrojone na pół. Ten pomysł zaczęrpnęłam od Eli z My Best Food:)
Piec 30 minut w temperaturze 180 stopni (ja piekłam na termoobiegu)


Bardzo polecam

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Tortellini


Nie dodaję żadnych przepisów bo chyba dziwnie bym się czuła podając "przepis" na gryzienie marchewki czy fenkuła, a właśnie tym ostatnio się żywię. Grilluje warzywa, piekę, albo zjadam surowe i nigdy nie czułam się tak dobrze i zdrowo. Lato nie sprzyja jedzeniu.
Kilka dni temu porwałam się na tortellini. Trochę dlatego, że Justyna rzuciła mi wyzwanie, trochę dlatego, że spodobał mi się farsz do ravioli w trattorii Soprano. Wyszło pyszne, ale i tak nie był to najlepszy pomysł. Ledwo wcisnęłam w siebie te kilka pierożków. Odzwyczaiłam się od mączno serowego jedzenia. Jarzynki polane mocno cytrynowym vinegrettem wygrywają na całej linii:)
Przepis na ciasto zaczerpnęłam z white plate.

Ciasto
300g mąki
3 jajka
3 łyżki oliwy
gorąca woda

Farsz
ok 15 zielonych szparagów
250g ricotty
pół szklanki startego parmezanu
sól i świeżo mielony pieprz

Sos
śmietanka do sosów
parmezan
troszkę masła
sól i pieprz

Z mąki, jajek i oliwy zagnieść ciasto dolewając wody, aż ciasto będzie elastyczne i nie zbyt twarde. Owinąć w folię spożywczą i schować do lodówki na godzinę.
Szparagi umyć, odciąć główki i zdrewniałe końcówki. Główki zachować a nóżki pokroić w małe plasterki. Blanszować około minuty. Plasterki muszą pozostać jędrne.
Do miski wrzucić ricottę, parmezan i zblanszowane nóżki, delikatnie wymieszać, doprawić solą i pieprzem. Ja pieprzu dodałam dość dużo, dobrze komponuję się ze szparagami.
Ciasto rozwałkować na bardzo cienkie paski i kroić na kwadraty o boku ok 5cm. Na środku każdego kwadratu ułożyć łyżeczkę farszu, złożyć ciasto po przekątnej a później połączyć rogi tak by powstało "uszko". Należy uważać żeby na wewnętrznej stronie ciasta nie znalazła się mąka bo będzie utrudniała sklejanie. Gotowe tortellini układać pod ściereczką.
W dużym garnku zagotować wodę, lekko posolić. Do gotującej się wody wrzucać tortellini, delikatnie zmieszać drewnianą łyżką żeby nie przykleiły się do dna. Od ponownego zagotowania wody pierożki powinny się gotować ok 3-4 minut.
W trakcie kiedy pierożki będą się gotowały zblanszować przekrojona wzdłuż główki szparagów i przygotować sos.
Do sosu można dodać pokrojonego w cieniutkie plasterki fenkuła.
Podawać polane sosem i udekorowane szparagami i pokruszonym parmezanem

niedziela, 30 maja 2010

Po prostu


Ostatnio mam ochotę na owoce. Owoce i jarzyny, świeżutkie. Na sałatki wszelkiego rodzaju, na chrupanie selera naciowego i kalarepki, na pójście nad rzekę z kocem i pudełkiem świeżych jarzyn. Mam absolutny przesyt makaronów, ryżu, ziemniaków i tym podobnych rzeczy.
Dziś absolutny banał. Taki banał, że aż wstyd. Ale co z tego? Skoro pełen świeżych truskawek i moreli? Idealny na śniadanie, świeży! Na co komu koszenila i inne barwniki, wszystkie możliwe E i nie wiadomo jakie świństwa jeszcze, skoro można do naturalnego jogurtu wrzucić wielką garść owoców?

Duży jogurt naturalny
6 moreli pokrojonych w kostkę
8 truskawek pokrojonych w kostkę
kilka listków mięty
opcjonalnie cukier (ale po co?)

Wymieszać, rozlać do dwóch dużych szklanek i jeść przy otwartym oknie, a chwilę później wybrać się z Mamutem na wycieczkę.

Pamiętacie smutnego Cekinka z poprzedniego postu? Tak się teraz prezentuje:)

niedziela, 2 maja 2010

białe szparagi


Jest najpiękniej! Bzy już kwitną, kwiaty jabłoni pachną jak najpiękniejsze perfumy, brzozy i kasztany są bardziej zielone niż jeszcze kilka tygodni temu były w mojej wyobraźni. Wiem, że zachwycam się tak samo przy okazji każdej pory roku, ale przez całe moje życie nie mogę wyjść z podziwu dla cyklu natury. Dla pór roku, które przemijają i zawsze wracają. Czy to nie jest najpiękniejsze? Czy to nie daje nadziei?
Ostatnio zaangażowałam się w pomoc zwierzakom czyli to co daje mi najwięcej radości na świecie. W związku z tym wybrałam się do Poznania i całą drogę gapiłam się w okno pociągu. Obserwowałam sarny wylegujące się całym stadem w słońcu, lasy, polany, małe wioski w oddali. Miałam ochotę wrzeszczeć na innych ludzi w pociągu, żeby się zamknęli, przestali gadać o niczym i żeby patrzyli jak pięknie jest dookoła. Czasami ktoś zawiesił pusty wzrok na oknie, patrzył przez chwile, ale nic nie widział. Gdyby widział musiałby się uśmiechać. Przyznam wam się do czegoś. Nie lubię ludzi. Nie lubię ich bo nie chłoną tego co ich otacza, nie mrużą oczu po to by zapamiętać ten jeden promyk słońca odbijający się od jeziora lub krzak bzu rosnący zaraz przy torach, mijany w usypiającym rytmie stukotu kół o tory. Jak byłam mała Dziadziuś uderzał palcami o stół naśladując ten odgłos. Uwielbiam go. Teraz słychać to już tylko w okolicach maleńkich stacji gdzie tory są stare i nikt nie wysiada z pociągu.
Z wycieczki przywiozłam dla mamy małego przyjaciela ze schroniska. Przyjaciel ma na imię Cekin. Jest smutny, śliczny i maleńki jak okruszek. Niedługo przestanie być smutny, jak uwierzy, że już nigdy nie wróci do schroniska.

Znów jest sezon na szparagi. Cieszę się, że trwa tak krótko. Dzięki temu szparagi smakują jeszcze lepiej. Dziś zupa. Jest szaro, chłodno i deszczowo. W takie dni trzeba jeść zupy. Przepis pochodzi z white plate, dodałam do niego tylko troszkę niebieskiego sera dla zaostrzenia smaku.

1 pęczek szparagów
1 cebula
20 g masła
łyżka mąki
0,5 l bulionu jarzynowego
250 ml śmietanki do zup
niewielki kawałek niebieskiego sera pleśniowego
sól
biały pieprz
oliwa truflowa do podania

Szparagi obrać, odkroić główki, a nóżki pokroić na małe kawałki. Cebulę drobno posiekać. W garnku rozpuścić masło, wrzucić cebulę i dusić kilka minut aż zmięknie. Dodać pokrojone szparagi (poza główkami) dusić ok 5 minut. Zasypać cebulę i szparagi mąką, cały czas mieszając podsmażać ok 2 minut. Dolać bulion i gotować na małym ogniu aż szparagi zmiękną (ok 15-20 min)
Kiedy szparagi będą już miękkie zmiksować wszystko na gładką masę, dolać śmietankę, ser, sól i pieprz.
W małym garnuszku zagotować trochę wody i wrzucić główki szparagów na ok 2 minuty. Przełożyć główki na talerz, zalać zupą i pokropić oliwą truflową.

Jeśli szparagi są łykowate i w zupie zostaną "kłaczki" można przecedzić ją przez sitko.
Zupa jest przepyszna, delikatna i aromatyczna. Następnym razem może podleje ją odrobiną białego wina. Polecam:)


I jeszcze deser:
Nasz towarzysz Mamut

A tu nasz nowy członek rodziny Cekin


akcja

piątek, 2 kwietnia 2010

pasztet i życzenia


Na początek chciałam wszystkim życzyć spokojnych wesołych i co najważniejsze rodzinnych świąt. Ja w tym roku niestety nie spędzam świąt rodzinnie, ale to przecież nie powód, żeby nie pobawić się trochę w kuchni. A nawet są pewne zalety. Przygotowałam same pyszne wegetariańskie dania i nikt nie będzie, tak dla wiecznie śmiesznego żartu (już od 10 lat) proponował mi wędlin. Chociaż i to ma swój urok przy stole u Dziadków:)
Dzisiaj od rana krzątałam się po kuchni. I co z tego wyszło? zakwas na żurek, świąteczna sałatka jarzynowa, jogurtowy sos ze szczypiorkiem, sos tatarski, chrzan i pyszny pasztet odgapiony od Ani z truskawek, a przede mną jeszcze pascha.
Pasztet jest cudowny, przepyszny i idealnie nadaje się do pieczywa lub po prostu na talerzyk do sosu i sałatki:)
Poza kilkoma dodatkami jedyną moją zmianą było upieczenie go w kąpieli wodnej (co przy okazji innego pasztetu zasugerowała Bea) dzięki czemu nie jest ani trochę suchy. Bardzo polecam i dziękuję Ani za zamieszczenie tego przepisu.

1 duża cebula
5 ząbków czosnku
1 puszka czerwonej fasoli
2 puszki cieciorki (nie brzmi ładniej niż ciecierzyca?)
1 pietruszka, pokrojona w plasterki
2 marchewki, pokrojone w plasterki
kawałek selera, pokrojony w plasterki
1 cukinia, pokrojona w plasterki
2 jajka
2 łyżeczki słodkiej papryki
1 łyżeczka ostrej papryki
1 łyżeczka suszonego tymianku
2 łyżeczki kminu indyjskiego (niestety nie dostałam czarnuszki)
1 łyżka oliwy
sól i pieprz

Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić seler, pietruszkę i marchewkę, dolać troszkę wody i dusić az warzywa zmiękną, Dodać cukinię i po chwili posiekaną cebulę i czosnek. Podsmażać parę minut.
Do miski wrzucić cieciorkę, fasolę, jarzyny z patelni i wszystkie przyprawy. Zmiksować nie bardzo dokładnie i dodać rozbełtane jajka.
Przełożyć masę do delikatnie natłuszczonej foremki. Foremkę z pasztetem umieścić w większej formie z ciepłą wodą nalaną do połowy wysokości. Piec w 180 stopniach ok godziny i 10 minut.
Pyszne!

poniedziałek, 29 marca 2010

Gazpacho

Nie lubię połączenia ogórka i pomidora. Kojarzy mi się z kanapkami, ktore mama robiła mi do szkoły, wyjmowanymi z plecaka w czasie przerwy, mokrymi, na ciemnym ziarnistym pieczywie. Ależ zazdrościłam koleżankom ich kanapek ze zwykłego pszennego chleba z grubą warstwą masła i ukrojonym byle jak plastrem sera, bez grama jarzyn. Dzieci są dziwne:D
Tak czy owak pozostał niesmak i nigdy nie łącze ogórka z pomidorem. Wyjątkiem jest gazpacho.
Co jest w tej zupie takiego, ze kilka jarzyn zalanych sokiem pomidorowym smakuje wakacjami?

3 pomidory
3/4 średniego ogórka
1/2 czerwonej papryki
1/2 zielonej papryki
1 czerwona cebula
1 ząbek czosnku
3,5 szklanki soku pomidorowego
1/4 szklanki oliwy z oliwek
1/4 szklanki octu winnego
1/2 łyżeczki cukru
sól morska
świeżo mielony pieprz

Wszystkie jarzyny posiekać w bardzo drobną kostkę, wrzucić do wazy, dodać czosnek przeciśnięty przez praskę. Zalać sokiem, oliwą i octem, doprawić i wymieszać.
Odstawić do lodówki na minimum pół godziny.
Podawać z grzankami czosnkowymi.

niedziela, 28 marca 2010

Cukiniowa zupa Aliny

Widzieliście już pączki na drzewach? Wyskoczyły tak nagle i wyglądają tak cudownie! Nie ma na świecie nic bardziej żywego niż ta jaskrawa, soczysta zieleń, która właśnie pojawiła się na drzewach i krzakach.
Nie mogę uwierzyć, że po tej nie mającej końca zimie będą teraz forsycje, bzy, jaśminy! Chyba gdzieś w środku uwierzyłam, że już nigdy ich nie będzie.

W związku z zielenią u mnie zielona zupa, najzieleńsza. Niestety zdjęcie nie oddaje jej intensywnego koloru.
Pierwszy raz jadłam tę zupę u mojej przyjaciółki Aliny. Przygotowała ją kiedy siedziałam przy stole i zajęło jej to jakieś 20 minut.
Kiedy już dostałam swoją miseczkę, nie mogłam uwierzyć, że tak szybko da się przygotować coś tak pysznego.
W domu robiłam ją już setki razy. Z jednej strony jest lekka i wiosenna, z drugiej strony jest w niej rozgrzewający imbir. Dobra na początki wiosny i jak to mówi babcia "zdradliwą pogodę"
Nie wiem czy ma wiele wspólnego z prototypem, robionym oczywiście na oko, ale wiem, że jest pyszna i najłatwiejsza na świecie.
To moja ulubiona zupa i nie spotkałam nikogo komu by nie smakowała. Polecam bardzo.


4 średnie cukinie
2 cebule
6 ząbków czosnku
kawałek imbiru ( ja daje mniej więcej 5x2 cm, ale to już zależy od waszych upodobań)
1,5 litra ciepłego bulionu jarzynowego
2 łyżki oliwy
szczypta cynamonu
sól
pieprz świeżo mielony

Wszystkie jarzyny posiekać, W dużym garnku rozgrzać oliwę i zeszklić na niej cebulę, czosnek i imbir. Kiedy będą gotowe dodać całą cukinie i cały czas mieszając smażyć kilka minut tak by cukinia lekko zmiękła, ale nie straciła koloru.
Zalać jarzyny bulionem i zagotować na średnim ogniu. Po zagotowaniu zdjąć zupę z ognia
Wszystko razem zmiksować (nie bardzo dokładnie, niewielkie chrupiące kawałki imbiru są świetne), doprawić i podgrzać, ale już nie gotować. Może być podawana gorąca, ale lekko przestudzona też jest pyszna.
Zupa jest oczywiście całkiem wegańska. Ja czasami dodaje do niej łyżkę jogurtu greckiego lub kozi serek ale bez nich jest równie pyszna.



Nie wiem czemu, ale Mamut wyobraził sobie, że idealnie mieści się na moim różowym fotelu...

wtorek, 23 marca 2010

pasta z wędzonego tofu

Chyba jeszcze nigdy nie cieszyło mnie aż tak przyjście wiosny. Zawsze się zachwycam nowymi pączkami na drzewach, kwiatami, tymi wszystkimi oznakami życia. Ale w tym roku jest wyjątkowo. Półgodzinne spacery z Mamutem, zamieniły się w kilkugodzinne wycieczki na koniec świata.
Pory roku to najpiękniejsze zjawisko w naturze. Każda ma swój zapach, taki intensywny na początku, kiedy przychodzi. Swój wiatr, swoje dźwięki.
Chciałabym żeby wszyscy tak się cieszyli z tych zmian, nie tylko na wiosnę:)
Dziś prosta pasta do pieczywa. Kiedyś przypadkiem zamiast twardego wędzonego tofu kupiłam kremowe wędzone. Nie wiedziałam co z nim zrobić i wyszło coś takiego. To jedna z moich ulubionych past do pieczywa. Nadaje się do bułek i tostów, ale ja najbardziej lubię ją z ziarnistym chlebem.



125g miękkiego wędzonego tofu
100g fety
1,5 łyżeczki musztardy sarepskiej
2 łyżki groszku konserwowego
świeżo mielony pieprz

Tofu, fetę, musztardę i pieprz rozgnieść w miseczce widelcem aż do uzyskania jednolitej masy. Dodać groszek i delikatnie wymieszać. Odstawić do lodówki na ok godzinę.

Smacznego:)

piątek, 12 marca 2010

rok


Dzisiaj mija rok od mojego pierwszego posta tutaj.
Dużo się w moim życiu przez ten rok zmieniło.
Zmienił się mój sposób patrzenia na przygotowanie jedzenia i na blogosferę.
Założyłam tego bloga za namową koleżanek, które chciały podglądać co gotuję. Teraz z tych koleżanek została jedna. I dobrze.
Kiedy go zakładałam myślałam, że blog kulinarny to tylko wrzucanie przepisów, chwalenie się udanym biszkoptem lub zastanawianie się nad tym jak przyrządzić bakłażana. No i oczywiście się myliłam. Z bloga kulinarnego chcąc nie chcąc zrobiłam bloga o sobie.
Po pierwsze chciałam wam podziękować, że czasem zaglądacie, że komentujecie, że nie spotykam się tutaj ze złośliwością dotyczącą np słabych zdjęć czy słabych przepisów. A przede wszystkim dziękuję za ciepłe słowa i otuchę w bardzo trudnym dla mnie okresie zeszłej jesieni. Szczerze mnie zaskoczyło, tutaj w blogosferze, że całkowicie obcy ludzie zaangażowali się w moje problemy, ale i sukcesy.
Dziękuję, że jesteście i mam nadzieję, że będziecie mimo, że chwilowo opuściła mnie wena do gotowania i krzątania się po kuchni.

sobota, 27 lutego 2010

mój comfort food

Jest cicho, oglądam mój ulubiony serial, cichy i spokojny, zbliża się szarówka, która kojarzy mi się z Babcią.
Kiedy byłam mała siadałyśmy z Babcią na kanapie i czekałyśmy na szarówkę. Babcia opowiadała o tym jak jej Babcia siadała z nią na kanapie i czekały. Słońce powoli zachodzi, na ulicy zapalają się latarnie, jeździ coraz mniej samochodów. A ja idę do kuchni, kroję w piórka cebulę, której jeszcze niedawno nie lubiłam i siadam na kanapie. Cisza, cisza, cisza.



2 czerwone cebule pokrojone w piórka
łyżka oliwy
łyżka cukru
sól

łyżka oliwy
łyżka octu balsamicznego
pół łyżki soku malinowego

Oliwę rozgrzać na patelni na dość dużym ogniu, wrzucić cebulę i smażyć kilka chwil po czym wsypać cukier i smażyć kilka minut cały czas mieszając aż cebula zmięknie. Pod sam koniec posolić.
W miseczce wymieszać oliwę, ocet i sok, wrzucić gotową cebulę i zamieszać.

środa, 10 lutego 2010

i już po wszystkim

Ostatnie dwa tygodnie były wypełnione pracą po brzegi. Piłam kawę, przegryzałam ją upieczonym na szybko brownie i przeklinałam naturę, że dała dobie tylko 24 godziny. Marzyłam o śnie. Pokłute igłą palce są chyba jeszcze zbyt zmęczone, żeby zacząć się goić.
Opisy obróbki technologicznej, rysowanie projektów, wycinanie próbek tkanin, skanowanie, drukowanie, przepisywanie, nauka, nauka, nauka. W temacie architektury dekonstruktywistycznej i wpływu architektury na ubiór na przestrzeni dziejów nie zagnie mnie chyba już nikt. Praca, tempo, telefony, zimne noce z herbatą i książkami, brak czasu na pomalowanie paznokci.
A wczoraj wszystko się skończyło. Emocje opadły, w końcu się wyspałam, nawet czuję, że wredne przeziębienie, które dopadło mnie chyba tylko po to żeby zrobić mi na złość, powoli ustępuję. I? I wcale nie jestem zadowolona. Praca nie poszła na marne, wszystko wypadło dobrze, tylko łamiący się z bólu gardła głos sprawił, że komisja się litowała myśląc, że to z nerwów. A nerwów nie było. Nie było nawet podekscytowania. Było tylko zmęczenie i złość, że mi przerywają i nie pozwalają popisać się nabytą w ostatnich dniach wiedzą. Ale nie jestem zadowolona bo nagle nie mam co ze sobą robić. Szkoła, na która ostatnio narzekałam i psioczyłam nagle się skończyła i trochę pusto. Już nie będę biec na złamanie karku, żeby zdążyć na marketing? Złościć się, że zajęcia z reklamy mogłyby być super, a nie są? Nie będę już nigdy zarywać nocy, żeby uszyć torebkę, namalować na ostatnią chwilę dwadzieścia obrazów czy zrobić projekty na zajęcia, które w ogóle mnie nie interesują? Nie będę rzucać obrażona ołówkiem w sztalugę bo rysunek mi nie wychodzi, ani potajemnie wymykać się z malarstwa po wpisaniu się na listę, żeby iść z Justyną na kawę. Chciałam żeby to się skończyło i chciałam spokoju. Teraz mam spokój, siedzę sama w domu na moim ulubionym różowym fotelu. Jest cisza, Mamut leży obok mnie. Wszystko cudownie prawda? a mi brakuje nerwów, brakuje mi tempa ostatnich dni, zmęczenia i złości na siebie samą, że jak zwykle robię wszystko na ostatnią chwilę. Wściekałam się i męczyłam, ale tak naprawdę sprawiało mi to wszystko przyjemność.
Znów będę miała czas, będę mogła rysować i uczyć się dla przyjemności, a nie z przymusu, będę mogła gotować i snuć się z kawą po domu. A ja nie chcę. Mam płacz na czubku nosa.
Szkoła skończona, pozostało mi tylko czekać na ocenę i podziękować kilku osobom. Siostrze za umożliwienie mi wyboru najlepszych tkanin i w ogóle ukończenia tej szkoły. Mojej cudownej krawcowej Iwonie, bez której rysunki nigdy nie przekształciłyby się w ubrania. Pani Basi, która przymknęła oko na to, że absolutnie nic nie wiem na temat technologii szycia i siedziała ze mną wieczorem u siebie w domu pomagając mi zrozumieć coś czego i tak nigdy nie zrozumiem. Pani Monice, która wsparła mnie nie tylko pomagając w sesji zdjęciowej, ale przede wszystkim dodała otuchy w trakcie obrony. Justynie za to, że cały czas była, że namówiła mnie do wymiany gąbki na filc, że słuchała moich narzekań, a nawet narzekała ze mną. Za to, że przez cała szkołę siedziała ze mną w ławce;) I Łukaszowi za pomoc, za składanie brył, za wożenie mnie tam i z powrotem, za cierpliwość, która była wystawiona na bardzo ciężką próbę. Jeszcze Alinie za cudną stylizację. Dziękuję przede wszystkim za to, że ze mną wytrzymaliście.
A oto część efektów

sobota, 30 stycznia 2010

tofu satay

Nie mogę już patrzeć na garnitury. Wyłogi, poły, obłożenia, mankiety. Wszystko to przyprawia mnie o mdłości.
Marzę o końcu zimy, którą kocham i o końcu szkoły, której nie kocham już od dawna.
Chcę mieć dużo czasu, chodzić na spacery, pić kawę dla przyjemności, a nie żeby otworzyć oczy.
No i chciałabym wreszcie mieć trochę czasu na gotowanie.
Nie mam ochoty jeść, ale od kilku dni chodził za mną przepis z daring kitchen na satay
Ja oczywiście do szaszłyków nie wykorzystałam mięsa, ale tofu, które sprawdziło się w tym przypadku bardzo dobrzę.
Wprowadziłam jeszcze kilka drobnych zmian poza tym.


2 kostki naturalnego twardego tofu
pół puszki ananasa
1 cebula pokrojona w dość duże piórka

marynata:
1/2 małej cebuli posiekanej
3 ząbki czosnku przeciśniętego przez praskę
kawałek imbiru starty na tarce (ok 3-4cm)
2 łyżki soku z cytryny
2-3 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka utłuczonego w moździerzu kminu indyjskiego
1 łyżeczka kolendry również utłuczonej
1 łyżeczka kurkumy
2 łyżeczki sosu chilli
2 łyżeczki oleju

sos:
200 ml mleczka kokosowego
4 łyżki masła orzechowego
sok z jednej cytryny
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka brązowego cukru
1/2 łyżeczki utłuczonego w moździerzu kminu i kolendry
2 papryczki chili drobno posiekana

Składniki marynaty dokładnie wymieszać w misce (można dosypać 2 łyżeczki cukru dzięki czemu tofu będzie bardziej chrupiące) i wrzucić tofu pokrojone w kostki (1,5x1,5 cm)
Wymieszać tak by całe tofu było pokryte marynatą i schować do lodówki na ok godzinę.
Składniki sosu wrzucić do garnka, wymieszać i gotować na malym ogniu aż zgęstnieje.
Piekarnik nagrzać do 220 stopni na opcji grill, zamarynowane tofu nabijać na patyczki na przemian z kawałkami ananasa i cebulą.
Szaszłyki ułożyć na rozgrzanej kratce, posmarować resztą marynaty i piec do zrumienienia (ok 15 minut z każdej strony)
Poza sosem podałam kilka rodzajów sałat polanych olejem

Ani ja ani Ł. nie lubimy masła orzechowego, ale sos w połączeniu z tą marynatą smakował naprawdę świetnie, więc polecam nawet nie fanom:)

poniedziałek, 18 stycznia 2010

romansu z bakłażanem ciąg dalszy


Jadąc samochodem zastanawiałam się do jakiej restauracji pojechać dziś na obiad.
Tajska? Włoska?
Zaczęłam się zastanawiać co mam w domu. Bakłażan? Rukola? Ricotta? Passata pomidorowa? i poprosiłam Ł. żeby skręcił jednak do domu.
Przypomniałam sobie przepis, który widziałam wczoraj w książce Jaimiego. Właściwie zdjęcie bo przepisu nie czytałam.
Kilka minut później kiedy wysiadałam z samochodu byłam już tak głodna, że nie mogłam się doczekać aż wejde do kuchni.
Nie myliłam się. To co sobię wyobrażałam było doskonałe. Chyba lepsze niż myślałam.
To najlepszy makaron jaki w życiu jadłam.

2 średnie bakłażany
500g passaty pomidorowej (lub puszka pomidorów)
2 garście rukoli
6 ząbków czosnku
łyżka oliwy z oliwek
suszone oregano
kilka listków świeżej bazylii
sól morska i pieprz
dowolny makaron
kilka łyżeczek ricotty

Bakłażany pokroić w cienkie plastry, oprószyć delikatnie solą i pieprzem i piec na grillu w temp 250 stopni po ok 15 z obu stron.
Na patelni rozgrzać oliwę i wycisnąć do niej czosnek, posypać solą i smażyć chwilę aż czosnek zmięknie.
Zalać passatą i doprawić solą, pieprzem i oregano.
Ugotować makaron al dente.
Upieczone bakłażany dodać do sosu i zamieszać tak żeby dokładnie obtoczyły się w sosie. dodać poszarpaną bazylie.
Wrzucić odcedzony makaron, znów zamieszać i lekko podgrzać.
Po podgrzaniu dodać rukolę, zamieszać i odrazu przełożyć na talerz.
Na talerzu udekorować ricottą.
Podawać odrazu.

Coś czuje, że ten romans przekształci się w prawdziwą miłość, a nawet w stały związek.

Wieczorne zabawy z bakłażanem



Nadal nie mam na nic czasu. Obrona już w lutym, a moja kolekcja jeszcze nie całkiem gotowa.
Ale to co jest już gotowe mnie uspokaja. Jest pięknie:)
Mimo braku czasu chciałam ugotować jakiś dobry obiad, a nie kolejny raz jeść barszczyk z torebki. Coś lekkiego bo ostatnio nie mam zbyt wielkiego apetytu. I padło na bakłażany.
Jak już kiedyś pisałam, z bakłażanami miewam problemy komunikacyjne.
Nigdy nie chcą być takie jakbym ja tego chciała.
Wczoraj wieczorem mimo wszystko postanowiłam zapiec bakłażany z sosem pomidorowym i parmezanem. Okazało się przy okazji, że najlepsze wychodzą pokrojone i ułożone na grillu. Bez smarowania oliwą, bez marynowania, bez smażenia. Po prostu zgrillowane. Były tak pyszne, że zanim udało mi się zrobić z nich zapiekankę, połowę zjadłam saute.
Zapiekanka jest na bazie przepisu J. Olivera, ale ponieważ było to nasze danie główne, dodałam do sosu pieczarki i oliwki, żeby było pełniejsze.



2 duże bakłażany
2 puszki pomidorów
2 czerwone cebule
kilka ząbków czosnku
3 garście świeżo tartego parmezanu
łyżka suszonego oregano
oliwa z oliwek
bułka tarta
opcjonalnie 10 pieczarek i zielone oliwki
sól morska i pieprz


Bakłażany pokroić w cienkie plastry i grillować w temperaturze 250 stopni z obu stron po ok 15 minut, upieczone partie odkładać na talerz.
W tym czasie na patelni rozgrzać oliwę i wrzucić posiekaną cebulę i czosnek, smażyć na średnim ogniu, aż cebule zmięknie, dodać pieczarki i zalać pomidorami z puszki (jeśli nie są krojone, podzielić je łopatką), przyprawić solą, pieprzem i oregano, dodać oliwki. Zmniejszyć ogień i gotować pod przykryciem ok 10 min.
Naczynie (ja użyłam formy 25x12cm) posmarować cienką warstwą sosu, posypać częścią parmezanu i ułożyć część bakłażanów. Na to znowu sos, parmezan i bakłażany, powtarzać do skończenia składników i zakończyć sosem i parmezanem.
Na wierzch można wysypać bułkę tartą wymieszaną z oregano i oliwą.
Piec ok 30 minut w temperaturze 190 stopni. Pod koniec można przełączyć na opcje grill, żeby bułka ładnie się zrumieniła.



Zapiekanke można traktować jako dodatek do dania głównego, ja podałam ją z rukolą posypaną płatkami parmezanu i polaną
oliwą.