środa, 25 listopada 2009

Czosnek

Cheops, Horacy, Pitagoras, Hipokrates, Neron, Szekspir
Wychwalali czosnek i wierzyli w jego magiczną moc uzdrawiania.
Francuzi dodawali czosnek do wina a jeszcze całkiem niedawno w południowej Francji wieszano dzieciom na szyi ząbki czosnku by chronić je przed robakami.
Podobno ząbek czosnku zwalcza u kobiet bezpłodność, dodaje wojownikom siły i odwagi, a Odyseusz dzięki powąchaniu czosnku, do czego namówił go Hermes, uniknął zaczarowania w wieprza przez Kirke.
Moja niania, kochana pani Miecia, w zimie zawsze przed wyjściem rozgryzała surowy ząbek czosnku i jak twierdziła właśnie dzięki temu nigdy nie chorowała.
Ja też wierzę w czosnek. A przede wszystkim bardzo go lubię.
Zupa czosnkowa mojej mamy jest esencją czosnku. Lepiej nie wychodzić z domu po jej zjedzeniu.



1,5 dużej główki czosnku
750ml ciepłego bulionu jarzynowego
łyżka masła
łyżka mąki
łyżka utartego parmezanu
świeżo mielony czarny pieprz
szczypta soli morskiej

2 bułki (najlepiej ciabatta)
łyżka masła
ząbek czosnku
łyżeczka soku z cytryny
zioła prowansalskie
trochę tartego parmezanu

W garnku z grubym dnem rozpuścić masło i wrzucić pokrojony w cienkie plasterki czosnek. Posolić i smażyć kilka minut na wolnym ogniu, aż czosnek lekko się zeszkli.
Trzeba bardzo uważać by nie zaczął się rumienić bo będzie gorzki.
Czosnek popruszyć mąką, wymieszać i smażyć jeszcze chwilkę.
Zalać wszystko bulionem i gotować na wolnym ogniu ok 10 minut. Po tym czasie zmiksować zupę na gładką masę, doprawić pieprzem i parmezanem.
Bułki rozkroić wzdłuż na pół, masło wymieszać z przeciśniętym przez praske czosnkiem, ziołami i sokiem z cytryny.
Dół bułki posmarować przygotowanym masłem i posypać parmezanem. Przykryć górą i spłaszczyć dłonią.
Wstawić na 5-7 minut do piekarnika nagrzanego na 180 stopni.
Po upieczeniu ukroić kromki i podawać razem z gorącą zupą.

wtorek, 24 listopada 2009

Kapuśniak. Po prostu.

Choroba dopadła i mnie. Co prawda nie bardzo mocno i raczej już przechodzi, chociaż ja cały czas czuje ją na czubku nosa, w karku i w łokciach. Ogólnie uważam się za najbardziej chorą, obolałą i najbiedniejszą mimo, że właściwie nic mi się już nie dzieje.
Ł. też chory. A co jest najlepsze na chorobę? Gorąca zupa oczywiście.
Przepis na kapuśniak dostałam od babci bardzo dawno temu. Była to pierwsza zupa, którą robiłam.
Nie pamiętam już nawet czy robie go nadal według babcinej metody czy też całkiem inaczej. Wiem za to, że jest tak prosty, że aż wstyd zamieszczać tu przepis (może dlatego robie to pod osłoną nocy), wiem też, że gorący i bardzo kwaśny kapuśniak jest najlepszy na wszystko co złe. Również ten z Louis De Funes w roli głównej:)
Przepis dedykuję wszystkim chorującym



200g kapusty kiszonej (jak najbardziej kwaśnej)
1 marchewka
3 ząbki czosnku
włoszczyzna (można użyć gotowego bulionu)
1-1,5l wody
dużo majeranku
dużo kminku
dużo świeżo mielonego czarnego pieprzu
szczypta soli
liść laurowy
3 ziarenka ziela angielskiego

4 ziemniaki ugotowane
2 łyżki mleka
1 duża cebula
2 łyżki oliwy z oliwek

Włoszczyzne oczyścić i gotować na wolnym ogniu ok 45 min. Według uznania wyłowić lub zostawić w wodzie po ugotowaniu(ja nie przepadam za rozgotowanymi jarzynami)
Do bulionu wrzucić kapustę i pokrojony w plasterki czosnek i utartą na grubych oczkach marchewkę. Posolić i popieprzyć do smaku, wrzucić liść laurowy i ziele angielskie. Gotować 20 minut.
Po ugotowaniu dodać kminek i majeranek.
Ziemniaki utłuc z mlekiem na gładką masę.
Cebule drobno posiekać i zrumienić na oliwie. Ziemniaki polane cebulką podawać na osobnym talerzyku*



* tak podany kapuśniak lubię najbardziej, ale można też zostawić pokrojone ziemniaki w bulionie i gotować razem z kapustą, a podsmażoną cebulkę dodać do zupy pod koniec gotowania.

Smacznego:)

niedziela, 15 listopada 2009

Tofu Gong Bao



No może nie do końca gong bao, ale coś w ten deseń. Robiłam raczej na wyczucie bo za pierwszym razem wypróbowałam sos według przepisu i był okropny.
To mój pierwszy "chiński" wyczyn, zależało mi na tej specyficznej konsystencji i sama nie wiem jakim cudem, ale się udało.

2 kostki twardego tofu (jedno naturalne i jedno wędzone)
1 czerwona papryka
1 zielona papryka, obie pokrojone w cienkie paski
8 pieczarek w plasterkach
2 duże cebule pokrojone w cienkie piórka
2 duże garście orzeszków ziemnych (najlepiej niesolonych)
2 łyżki mąki kukurydzianej
3 łyżki ciemnego sosu sojowego
2 łyżki jasnego sosu sojowego (plus dwie do marynowania tofu)
2 łyżki octu ryżowego
2 łyżki oleju sezamowego
1 łyżka brązowego drobnego cukru
korzeń imbiru (wielkości kciuka)
3 ząbki czosnku
olej do smażenia

Tofu pokroić w plastry ok. 1 cm grubości. Naturalne tofu wrzucić do pojemnika, dodać utarty imbir i przeciśnięty przez praskę czosnek, zalać sosem sojowym, zamieszać i schować do lodówki na ok. 2 godziny.
Mąke nasypać do miseczki, powoli wlewać sos sojowy, cały czas mieszając aż powstanie gęsta, jednolita masa, dodać olej, ocet i cukier, dokładnie wymieszać i schować do lodówki.
Olej (ok 2 cm wysokości) rozgrzać na patelni i wrzucić naturalne i wędzone tofu, smażyć kilka minut i odsączyć na ręczniku papierowym.
Z patelni odlać olej (można odrobinę zostawić) wrzucić cebulę, kiedy zacznie się szklić dodać paprykę i pieczarki.
Dolać sos i wszystko dokładnie wymieszać. Wrzucić odsączone tofu i dusić wszystko kilka minut. Jarzyny muszą być lekko chrupiące, ale nie surowe.
Orzechy podprażyć na suchej patelni aż zaczną się rumienić i dodać do tofu.
Podawać z ryżem.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Skąd te scones?


A z white plate.
Smakują wszystkim, są puszyste, idealne na śniadanie i co najważniejsze - ich wykonanie od początku do wyjęcia z pieca zajmuje nie więcej jak 20 minut.
Warto więc wstać pół godziny wcześniej i przygotować je razem z kawą.
Intrygowały mnie odkąd w "Szelmostwach niegrzecznej dziewczynki" przeczytałam, że niegrzeczna dziewczynka w Londynie zamawiała herbatę i scones. No i jak ich miałam nie zrobić skoro trafił się przepis?
W oryginale były rodzynki, ja wymieniłam je na suszoną żurawinę.

260g mąki tortowej (w zależności od jogurtu może być potrzebne nieco więcej)
70g zimnego masła pokrojone
1 jajko
150g jogurtu naturalnego (może być jogurt grecki)
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
40g drobnego cukru (używam golden caster Billingtona)
duża garść suszonej żurawiny
szczypta soli
jogurt do posmarowania



Piekarnik nagrzać do 220 stopni.
Mąke i proszek przesiać do miski, posiekać z masłem i dodać cukier, sól, jogurt, roztrzepane jajko i żurawinę. Wymieszać i wyrobić ciasto (ma być miękkie, ale nie zbyt lepkie)
Na omączonej stolnicy rozwałkować ciasto na grubość ok 2-3cm. Wycinać foremką lub szklanką kółka (u mnie miały średnicę ok 5 cm) i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Posmarować jogurtem.
Piec ok 12 minut.

Doskonale smakują na ciepło z odrobiną masła i dżemu.

orzechowe curry z dynią

Lubie święto zmarłych chyba najbardziej ze wszystkich świąt. Lubię chodzić na cmentarz na jesieni, lubię oglądać na rakowicach te same stare grobowce obrośnięte bluszczem i zasypane liśćmi. Nie lubię tylko tłumów.
Wczorajsze święto było pierwszym w moim życiu kiedy nie poszłam na grobowiec rodzinny i nie zapalałam świeczek za ludzi, ktorych nie znałam lub nie pamiętam.
Wczoraj pierwszy raz myślałam o śmierci, którą już znam.
Do tej pory miałam wielkie szczęście i nie umarł mi nikt na tyle bliski żebym odczuwała jego brak, więc śmierć była całkiem obcym zjawiskiem.
Myślałam, że z tym zjawiskiem łatwo się pogodzić. Niestety wcale nie.

Curry przygotowałam zainspirowana curry Przemka już mniej więcej tydzien temu. Niestety głowa odmawiała posłuszeństwa i nie pozwalała mi usiąść do komputera, dlatego przepis dopiero teraz. Można go jeszcze dołączyć do akcji dyniowej?



ok 400g dyni
1 duża cukinia
duża garść mrożonego groszku
duża garść mrożonej fasolki szparagowej zielonej
1 papryka
1 duża cebula pokrojona w paski
2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
niewielki kawałek imbiru starty
100g posiekanych nerkowców
mleczko kokosowe (ok 250-300ml)
żółta pasta curry
sól
olej

Dynie pokroić w niedużą kostkę, posmarować oliwą i posypać solą, włożyć na 10 minut do piekarnika nagrzanego do 220 stopni.
Na patelni rozgrzać olej, wrzucić czosnek, imbir, cebulę i orzechy i ok 2 łyżek pasty curry. Smażyć mieszając aż wszystko lekko się zrumieni, dodać podpieczoną dynię, cukinię pokrojoną w plastry, paprykę pokrojoną w kostkę i chwilę podsmażać, ale tak by jarzyny nie zmiękły. Dolać mleczko kokosowe, groszek i fasolkę, mieszać i dusić ok 10-15 min do rozmrożenia groszku i fasolki. Można podawać z ryżem, ale jak dla mnie było by to zbyt sycące.






A to nasz malamut zwany Mamutem. Znajda sprzed dwóch tygodni.
Jego obecność, a raczej jego głupota, pewnie typowa dla psa pociągowego powoduje jeszcze większą tęsknote za moją małą mądralą, która na każdy temat miała swoje zdanie, zdecydowanie inne niż jego pańcia.
Ale przyplątał się, potrzebował pomocy, nikt się po niego nie zgłosił więc jest i uczę się go kochać. Ma jedno oczko niebieskie a jedno żółte, ale oczywiście w przeciwieństwie do Melona nie umie pozować do zdjęć więc na żadnym tego nie widać.
Taki mały tępak:)