niedziela, 20 września 2009

maliny, czekolada, pożegnanie

Kończy się lato, kończą się maliny i kończy się wielki kawał mojego życia. Czekałam na jesień, która zawsze oznaczała ciszę i spokój. Popołudniowe szarówki, ciepła głowa na kolanach, spokojny oddech, stukot deszczu, książki, herbata, koc.
Samotność była pełniejsza niż czas z towarzystwem bo miałam czas dla niego. dla liczenia plamek na karku, dla przerywania czytania, oglądania uszu i szukania zdania na którym przerwałam czytanie. Teraz jesień będzie samotna całkiem inaczej. Będzie zimna i smutna, szara w ten przykry lepki sposób. Nie będzie kogo głaskać ani tulić, komu robić raka nieboraka, który szczypie i robi znak. Samotność będzie pustką i myśleniem jak było dobrze i jak już nie będzie.
Ostatnio często pachniał czekoladą. Nie wiem czemu bo czekolady nie dostawał. Sam też nie kradł bo raczej rzadko mam czekoladę w domu. Nos, broda, szyja. Nie tylko ja to zauważyłam. Naprawde pachniał czekoladą.



Tarteletki z gorzką czekoladą, migdałami i malinami

150g mąki
3 łyżki kakako
3 łyżki cukru pudru
100g masła
2 łyżki zimnej wody
500g serka mascarpone
2,5 łyżki amaretto
1 łyżka cukru pudru
70g migdałów w płatkach
250g malin
pół łyżki cukru brązowego
1 kostka gorzkiej czekolady

Mąke, kakao i cukier puder przesiać do miski. Wrzucić pokrojone zimne masło i utrzeć palcami, aż zrobią się okruszki. Dolać zimnej wody i wyrobić szybko ciasto (będzie nadal bardzo sypkie) zagnieść kulę i schować do lodówki na pół godziny.
Mascarpoce włożyć do miseczki, dolać amaretto, wsypać cukier puder. Z migdałów odjąć garść i odłożyć, resztę ubić tłuczkiem, ale nie na pył. Dosypać do serka, wszystko dokładnie wymieszać i schować do lodówki.
Kulę ciasta podzielić na cztery części, włożyć do foremek o średnicy 12cm i przyciskając palcami wypełnić brzegi i dno foremki (ciasto jest zbyt sypkie, żeby je rozwałkować). Foremki włożyć na 15 minut do nagrzanego do 190 stopni piekarnika.
W tym czasie umyć maliny, wybrać kilka najładniejszych.
Foremki wyjąć z pieca, na dno wysypać maliny, zalać serkiem z amaretto, posypać brązowym cukrem i piec jeszcze 20 minut.
Po upieczeniu ostudzić i pozwolić masie lekko stężeć, posypać resztą migdałów, udekorować malinami i posypać wszystko utartą czekoladą (przydałaby się tu tarka do trufli, której niestety nie posiadam)



Ciasto jest gorzkie co według mnie jest dobrym tłem do słodkiej masy i malin, ale jeśli ktoś woli słodsze desery można do ciasta dodać więcej cukru.


Gdzie może być lepiej niż przy pańci pod kołdrą?

7 komentarzy:

  1. Sarenko, czy to cudowny Melon, o którym wspominasz w profilu? Strasznie mi przykro, takie śliczne tarteletki i taki smutny wpis.
    Trzymaj się ciepło, pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Melona nie ma? Przykro mi. Prawie 4 lata temu przechodziłam przez to samo. Wielkie uczucie pustki - doskonale to rozumiem.
    Trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
  3. o nie... Melonik...
    ja dwa lata temu stracilam tez swojego najlepszego futrzastego przyjaciela... eh... trzymaj się;*

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale mi przykro. Piękny pies.
    Tartaletki BARDZO smakowicie wyglądają.
    Trzymaj się tam jakoś..

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak pięknie kulinarnie i tak smutno
    Przykro mi z powodu Twojej straty trzymaj się

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak to ten sam cudowny Melon. Niestety.
    Dzięki za wsparcie kochane:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wspolczuje :(
    Taka strata dlugo boli...

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń