poniedziałek, 28 września 2009

somewhere over the rainbow

Kupiłam dziś obwarzanka pod domem. Kiedy pani spytała czy to dla Melonka uświadomiłam sobie, że nie.
Wszystko jest jeszcze takie żywe.A z czasem będzie mniej bolało, wiem, ale będzie się zacierało, oddalało i wtedy będzie to już ostateczne.
Chyba wolę te bolesne pobudki z chwil bezmyślności, a raczej momenty przed nimi niż przyzwyczajenie, które przyjdzie z czasem.

(podróżnik w Lanckoronie)

Tak czy siak to nie miejsce.

Jeśli chodzi o jedzenie, sałatka, w której zakochałam się na pięknym blogu http://coochnia.blogspot.com, trochę zmieniona



kilka listków różnych sałat (ja użyłam strzępiastej i rukoli, ale pasowałaby tu frise)
6 małych buraczków
100g niebieskiego sera pleśniowego
200g kurek
łyżka masła
sól, pieprz(koniecznie świeżo mielony)

2 łyżki śmietany
2 łyżki chrzanu
2 łyżki oliwy
2 łyżki octu winnego

Składniki sosu wymieszać, schować do lodówki. Buraki obrac, posmarować oliwą i owinąć folią aluminiową, włożyć do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na ok 40 minut, aż zrobią się miękkie (można wcześniej obgotować, ja upiekłam surowe)
Kurki oczyścić i wrzucić na patelnię na rozgrzane masło, posolić i popieprzyć, podsmażać kilka minut aż zmiękną, ale nadal będą jędrne.
Buraczki po upieczeniu ostudzić, pokroić na ćwiartki. Ułożyć na sałacie, posypać kurkami, pokruszonym serem i pokropić sosem.


(nasza mała lokatorka)

niedziela, 27 września 2009

pokonywanie małej Sarenki

Śliwki, grzyby, kozi ser, miód, brukselka, figi, gorzka czekolada.
Są rzeczy, których dzieci nie lubią z zasady. Czasem nawet bez spróbowania twierdzą, że to najobrzydliwsza rzecz na świecie.
Do niedawna, rzeczy, do których nie zdążyłam się przekonać w dzieciństwie figurowały jako te od których należy się trzymać z daleka. W pewnym stopniu blogi i ciekawość nowych smaków zmieniają moje zasady i zaczynam próbować. Oglądam wasze blogi i czasem coś tak bardzo do mnie przemawia, że dogaduje się z małą Sarenką i zmuszam się do spróbowania. Zazwyczaj okazuje się, że słusznie.
Tak jak większość zaciekłych orędowników mlecznej czekolady przerzuciłam się na gorzką, mleczną odstawiając na bok. Miód, który zawsze był za słodki i paskudny wczoraj mi zasmakował, śliwki i grzyby, których nie dotykałam ze względu na robaki, wczoraj w kuchni poszły w ruch, kozi ser, wywołujący mdłości stał się ważnym akcentem w obiedzie. Figi może kiedyś, brukselka zapewniam, że nigdy do mnie nie dotrze.

Od jakiegoś czasu chodziło za mną połączenie cukini i koziego sera. Chociaż go nie lubie uznałam, że w tym połączeniu zagra idealnie.
Zainspirowana przepisem Karolci z for the body and soul zrobiłam lekko zmodyfikowane cukiniowe crumble. Cudo



1 kg cukini
150g koziego sera kremowego
150g czarnych oliwek wydrylowanych i pokrojonych w plasterki
3 ząbki czosnku bardzo cienko pokrojone (oglądał ktoś chłopców z ferajny? właśnie tak pokrojone)
kilka gałązek tymianku
3 łyżki oliwy z oliwek
oregano
sól i pieprz

150g mąki
80g masła
30g parmezanu
sól
2 łyżki zimnej wody

Z mąki masła soli i parmezanu przygotować kruche ciasto. Uformować kulę i schować do lodówki. Cukinie pokroić w skośne cienkie plastry, wrzucić do zamykanego pojemnika razem z oliwkami, czosnkiem, oregano i oliwą. Wszystko wymieszać.
W foremce ułożyć warstwę z połowy cukini, łyżeczką nałożyć połowę koziego sera i tymianku. Przykryć resztą cukini i nałożyć pozostały ser i tymianek.
Na wierzchu pokruszyć ciasto.
Włożyć do piekarnika nagrzanego do 190 stopni, piec ok 20 minut po czym przełączyć na opcje grill i piec jeszcze 5-7 minut do zrumienienia.

niedziela, 20 września 2009

maliny, czekolada, pożegnanie

Kończy się lato, kończą się maliny i kończy się wielki kawał mojego życia. Czekałam na jesień, która zawsze oznaczała ciszę i spokój. Popołudniowe szarówki, ciepła głowa na kolanach, spokojny oddech, stukot deszczu, książki, herbata, koc.
Samotność była pełniejsza niż czas z towarzystwem bo miałam czas dla niego. dla liczenia plamek na karku, dla przerywania czytania, oglądania uszu i szukania zdania na którym przerwałam czytanie. Teraz jesień będzie samotna całkiem inaczej. Będzie zimna i smutna, szara w ten przykry lepki sposób. Nie będzie kogo głaskać ani tulić, komu robić raka nieboraka, który szczypie i robi znak. Samotność będzie pustką i myśleniem jak było dobrze i jak już nie będzie.
Ostatnio często pachniał czekoladą. Nie wiem czemu bo czekolady nie dostawał. Sam też nie kradł bo raczej rzadko mam czekoladę w domu. Nos, broda, szyja. Nie tylko ja to zauważyłam. Naprawde pachniał czekoladą.



Tarteletki z gorzką czekoladą, migdałami i malinami

150g mąki
3 łyżki kakako
3 łyżki cukru pudru
100g masła
2 łyżki zimnej wody
500g serka mascarpone
2,5 łyżki amaretto
1 łyżka cukru pudru
70g migdałów w płatkach
250g malin
pół łyżki cukru brązowego
1 kostka gorzkiej czekolady

Mąke, kakao i cukier puder przesiać do miski. Wrzucić pokrojone zimne masło i utrzeć palcami, aż zrobią się okruszki. Dolać zimnej wody i wyrobić szybko ciasto (będzie nadal bardzo sypkie) zagnieść kulę i schować do lodówki na pół godziny.
Mascarpoce włożyć do miseczki, dolać amaretto, wsypać cukier puder. Z migdałów odjąć garść i odłożyć, resztę ubić tłuczkiem, ale nie na pył. Dosypać do serka, wszystko dokładnie wymieszać i schować do lodówki.
Kulę ciasta podzielić na cztery części, włożyć do foremek o średnicy 12cm i przyciskając palcami wypełnić brzegi i dno foremki (ciasto jest zbyt sypkie, żeby je rozwałkować). Foremki włożyć na 15 minut do nagrzanego do 190 stopni piekarnika.
W tym czasie umyć maliny, wybrać kilka najładniejszych.
Foremki wyjąć z pieca, na dno wysypać maliny, zalać serkiem z amaretto, posypać brązowym cukrem i piec jeszcze 20 minut.
Po upieczeniu ostudzić i pozwolić masie lekko stężeć, posypać resztą migdałów, udekorować malinami i posypać wszystko utartą czekoladą (przydałaby się tu tarka do trufli, której niestety nie posiadam)



Ciasto jest gorzkie co według mnie jest dobrym tłem do słodkiej masy i malin, ale jeśli ktoś woli słodsze desery można do ciasta dodać więcej cukru.


Gdzie może być lepiej niż przy pańci pod kołdrą?

czwartek, 17 września 2009

Zabawa łańcuszkowa

Wczoraj zostałam ustrzelona przez ziji z http://totrzebalubic.blox.pl. Nie powiem, żebym miała szczególny nastrój na takie zabawy w tym momencie, ale i tak jest mi niezmiernie miło, więc się przyłącze. Nie wiem tylko czy uda mi się znaleźć aż 6 osób, które jeszcze w tej zabawie nie uczestniczyły.
A oto zasady:

1. Podać linka do bloga osoby, która nas "ustrzelila".

2. Zacytować u siebie zasady zabawy.

3. Napisać sześć rzeczy o sobie.

4. "Ustrzelić" następnych sześć osób.

5. Uprzedzić wybrane osoby, zostawiając komentarz na ich blogu.

No to zaczynamy.

1. Najbardziej na całym świecie kocham mojego psa Melona, który jest niestety bardzo ciężko chory. Jest bassetem artezyjsko normandzkim, ma 13 lat i jest po prostu super chłopakiem.

W związku z tym, że to mężczyzna mojego życia zostaje na zawsze na moim ramieniu.

(tu był jeszcze nie dokończony)


2. Studiuje projektowanie ubioru, ale z samym projektowaniem nie wiąże swojej przyszłości. Bardziej interesuje mnie pisanie o modzie, trendy i przede wszystkim historia ubioru. Czytam i kupuję wszystko co mi wpadnie w ręce na ten temat, kocham całym sercem moją profesorke Zosię i po skończeniu tych studiów wybieram sie na historie sztuki by móc pogłębiać wiedze z historii ubioru.
A jak już przy modzie jesteśmy - jestem ślepo zakochana w Christianie Diorze, a także w Johnie Galliano. Nie lubię za to Chanel, choć oczywiście doceniam.
Poza tym kolekcjonuje szpilki:D



3. Czytam głównie prozę iberoamerykańską. Zaczęło się od Marqueza, teraz na faworyta wybrałabym chyba Cortazara. Również Donoso, Llosa i kilku innych by się znalazło. Uwielbiam też powieści Rosyjskie. Dostojewskiego, Tołstoja stawiam na równi z Cortazarem I Marquezem. Poza tym Kundera, Myśliwski, Eco, Kafka, Heller. Z poetów Leśmian Leśmian Leśmian!


4. W każdym miejscu w którym jestem wybieram sobie dom lub kilka, w których chciałabym mieszkać. Wyobrażam sobie jaka bym była gdybym tam żyła i wydaje mi się, że w każdym domu byłabym inna. Uwielbiam stare kamienice i domy. Im większa ruina tym większe prawdopodobieństwo, że będe chciała tam mieszkać.
Wybieram sobie nie tylko domy, ale i miejsca. Skwery, kawiarnie, uliczki, przejścia pod kamienicami. Uwielbiam spacerować po Wrocławiu i gubić się w Pradze. Kocham Wiedeń i Sandomierz. Polski Cieszyn, Czeski Krumlov, Mediolan i Lanckoronę. Chciałabym pojechać na Kubę bo skrycie kocham się w Fidelu Castro.
Najbardziej jednak mój i tylko mój Kraków z nie pasującymi do siebie krzesłami, dymem papierosowym i tym że każdy każdego zna. Wiele lat mieszkałam przy rynku. Teraz zdecydowanie wole podgórze.

Ja w ogrodzie opuszczonego domu gdzieś przy granicy słowacko polskiej



5. Moim największym autorytetem jest Dziadek. Lubię chodzić do dziadków, słuchać historii zakopiańskich (mój dziadek spędził dzieciństwo w Zakopanym)o Anielci, Władzi, jamniku Łobuzie, tacie dziadka, góralach z okolicy, przyjaciółce z sąsiedztwa, kulturalnych żołnierzach z wehrmachtu i wiecznie pijanych żołnierzach rosyjskich. Są najcudowniejsze na świecie. Słucham ich jak bajek, te same historie opowiadane trzydziesty raz wcale mnie nie nudzą. Ciągle nie mogę doprosić się dziadka o zapisanie mi tych wspomnień. Poza tym babci pierogi ruskie przebijają wszystko, nawet najbardziej wykwintną kuchnię. W ogóle babcia gotuje doskonale!

Dziadziuś na weselu mojej siostry


6.Nie wiem co by tu jeszcze napisać. Może muzyka. Skończyłam szkołe muzyczną (gram na fortepianie) dzięki czemu na zawsze na pierwszym miejscu pozostanie muzyka klasyczna. Przede wszystkim Mozart. Również Beethoven, Prokofiev, Borodin, Paganini, Vivaldi. Później przyszedł okres buntu i przez kilka lat zasłuchiwałam się w black metalu - głównie satyricon, darkthrone, bathory i takie tam. Pózniej ostrzejsza elektronika, noise, industrial i ambient - front line assembly, skinny puppy, iszoloscope, xotox, lustmord, architect, covenant, wai pi wai. Później przyszła era psychobilly i nekromantix, tiger army, horrorpops, mad sin itd. Trochę szeroko pojętego trip hopu jak massive attack, telepopmusik, royksoop, blonde redhead, air i koop. Teraz zagłębiam się w jazz i blues, uwielbiam Davida Bowiego, Marka Grechutę, Simona i Garfunkela, ale co najważniejsze nigdy nie przestawałam słuchać żadnego gatunku dlatego, że spodobał mi się inny. Myślę, że niejedna osoba bardzo by się zdziwiła widząc zawartość mojego ipoda;)

No i to by było na tyle. I tak wątpie żeby ktoś przez to wszystko przebrnął;)
Teraz strzelam do następnych osób. Jeśli ktoś już brał udział, a nie zauważyłam to przepraszam bardzo

Negresca z prowincjonalnej wioski
Magda z fantazji kulinarnych Magdy K.
Dorotka z moje kuchenne zapiski
Kasia z gotowanie cieszy
Asieja z ugotujmy
Kredka z malowane smakiem

środa, 16 września 2009

Taka tam sałatka

Zastanawiam się ostatnio nad niektórymi blogami, które widuje na durszlaku. Kiedy pierwszy raz trafiłam na blogspot znalazłam same piękne blogi, z cudownymi przepisami, zdjęciami i opisami. Co mnie dodatkowo zaskoczyło bardzo dużo przepisów było wegetariańskich. Założyłam swojego bloga między innymi żeby się uczyć. Żeby coraz lepiej gotować podpatrując innych, żeby robić coraz ładniejsze zdjęcia. Nie twierdze, że mi to wychodzi, ale napewno staram się jak mogę.
Jestem wegetarianką, ale również weganizm jest mi bliski. Oglądałam kilka wegańskich blogów i nie mogę wyjść ze zdziwienia. Dlaczego prawie zawsze wegańskie jedzenie na blogach wygląda jak trzy razy przeżute i wyplute? czy nie dodawanie nabiału naprawde musi prowadzić do tego, żeby widok jedzenia przyprawiał o mdłości? Zawsze kojarzyłam jedzenie wegańskie z czymś świeżym, czystym, pozbawionym wszystkiego co mogłoby mnie obrzydzać, np jajek. A tu proszę! Nie da się tego podać ładnie? nie da się zrobić zdjęcia nie nadgryzionego, rozpłyniętego, z okruchami? Niestety na mój odbiór jedzenia, i myśle, że większości z was również, ogromny wpływ ma jego wygląd. Jeśli widzę piękne zdjęcie odrazu mam ochotę zrobić takie samo. Jeśli widzę coś co przypomina lekko nadtrawiony pokarm wymieszany z płynami ustrojowymi, nie mam ochoty nawet sprawdzać z czego to się składa. Wolałabym już przepisy bez zdjęć, albo zdjęcia samych składników.
Nie chcę tu nikogo krytykować. Naprawdę! I jeśli kogoś uraziłam, bardzo przepraszam. Po prostu mnie takie zdjęcia odstraszają, mimo, że sama często gotuję wegańsko i cenie to jedzenie, więc co dopiero ludzi, którzy tak nie jedzą? Jak mają się przekonać, że nie wykorzystując zwierząt też można jeść smacznie jeśli widzą tylko takie przykłady?
A co wy myślicie? Czy wygląd jedzenia ma znaczenie?
No dobrze. Koniec wywodu. Teraz sałatka stworzona przy okazji czystek w lodówce. Prosta, nie zaskakująca. I dobrze.



10 listków sałaty dębowej
10 listków sałaty frise
30 listków rukoli
20 pomidorków koktajlowych (ja użyłam żółtych, ale mogą być i czerwone)
20 oliwek zielonych
1 średnia cukinia
garść płatków migdałów
trochę parmezanu do posypania

1 mały jogurt naturalny
3 łyżki musztardy sarepskiej
3 ząbki czosnku przeciśnięte przez praske
1 łyżka oliwy z oliwek
1 łyżka octu winnego
1 łyżka soku z cytryny
pieprz czarny


Przygotować sos mieszając wszystkie składniki i schować do lodówki, żeby się przegryzł.
Cukinie pokroić w cienkie plastry, posmarować oliwą i zgrilować. w tym czasie dokładnie umyć sałaty i umieścić w misce. Pomidorki poprzekrajać wzdłuż na pół.
Zgrilowaną cukinie wrzucić do sałaty i wymieszać. Ułożyć na talerzu, poukładać pomidorki i oliwki, pokropić sosem i posypać wszystko migdałami i parmezanem.

wtorek, 15 września 2009

Brzydkie bułeczki


Śliczne w swojej brzydocie, najbardziej miękkie z możliwych. Mimo małej ilości cukru są dość słodkie.
Jadłam z powidłami taty Piotrka ze śliwek, gruszek i brzoskwiń, na które mam nadzieje, dostane przepis. Polecam wszystkim miłośnikom miękkiego jasnego pieczywa.

350g mąki pszennej
12g świeżych drożdży
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki cukru
200ml mleka
1 łyżka oliwy
mleko do posmarowania



Drożdże rozkruszyć w miseczce i zasypać cukrem.
Do miski przesiać mąki, dodać sól i rozpuszczone drożdże. Wymieszać i powoli wlewać mleko a na końcu dodać oliwę. Wyrobić rękoma i odstawić aż ciasto podwoi objętość (ok 2 godziny)
Piekarnik narzać do 230 stopni. Ręce posmarować oliwą i z ciasta (jest dość luźne) formować kulki (jeśli ktoś chce ładne równe bułeczki może posypać ręcę mąką zamiast oliwą, bo to dzięki niej tak się rozłażą). Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zostawiając 1cm odstępy. Ja ułożyłam w stokrotke bo uwielbiam miejsca po rozerwaniu bułek
Odłożyć na 15 minut. Posmarować lekko mlekiem, wstawić do piekarnika na 5 minut po czym zmniejszyć temperature do 200 stopni i piec ok 10 minut. Przełożyć na kratkę i lekko przestudzić. Najlepsze jeszcze ciepłe!

poniedziałek, 14 września 2009

Zupa z soczewicy



Cały czas próbuje dojść do ideału zupy z soczewicy z green waya, która jest gęsta i sycąca, idealna na jesienny chłod. Taka niestety nigdy jeszcze mi się nie udała i żadne przepisy nie spełniały moich oczekiwań. Za to wczoraj zrobiłam zupę po swojemu i wyszła naprawde super. Nie tak gęsta, ale z bardzo dużą ilością "śmieci" i lekko kremowa. Idealna.

2 cebule posiekane
3 pomidory malinowe obrane i posiekane
1 marchewka utarta na dużych oczkach
150g soczewicy (użyłam trochę czerwonej i trochę zielonej)
3 szklanki wody
2 łyżki oliwy
1 łyżka mąki
kilka gałązek tymianku
sól morska, pieprz
kilka kropel octu balsamicznego do podania

W Garnku rozgrzać oliwę i zeszklić na niej cebulę. Wsypać mąkę i dokładnie wymieszać. Dodać pomidory, marchewkę, soczewicę i zalać wszystko zimną wodą.
Dorzucić część tymianku, posolić, popieprzyć, gotować bez przykrycia na wolnym ogniu ok 25 minut (aż soczewica zrobi się miękka) Na talerzu udekorować pozostałym tymiankiem i pokropić octem balsamicznym.

niedziela, 13 września 2009

Rotolo di zucca a ricotta czyli gotuj z Oliverem



Dziś kończy się akcja na temat Jamiego Olivera a ja jeszcze nic nie dodałam. Musiałam więc zdecydować się na jeden przepis. Dlaczego wybrałam właśnie ten? Po pierwsze zachwyciło mnie połączenie dyni szpinaku i ricotty, po drugie, jak pisze sam Jamie w książce "Włoska wyprawa Jamiego" jest to dla niego potrawa ważna bo dzięki niej zaczęła się jego przygoda z programami i pisaniem książek. Kto wie? Może gdyby nie rotolo nie wiedzielibyśmy kim jest Jamie? a przecież robi tyle dobrego i to nie tylko do jedzenia. Tak więc mój wybór to taki mały hołd, wyraz uznania.
Mimo, że potrawa jest czasochłonna i dość trudna do zrobienia to bardzo polecam. Jest pyszna.

450g świeżego ciasta makaronowego (300g mąki wymieszane z 3 jajkami)
pół dyni oczyszczonej z nasion i obranej
450g szpinaku w liściach (użyłam mrożonego)
150g ricotty
50g startego parmezanu
gałka muszkatałowa
oregano
ostra papryka
garść listków oregano
sól morska i czarny pieprz
oliwa
3 łyżki masła
kilka listków szałwii



Piekarnik nagrzać do 220 stopni, dynie pokroić na kawałki (ok 2x2cm), natrzeć oliwą i posypać papryką, oregano, solą i pieprzem. Przełożyć do naczynia żaroodpornego i przykryć zwilżonym papierem do pieczenia. Piec 30 minut po czym ściągnąć papier i piec jeszcze ok 15min.
Na patelni rozgrzać oliwę i podsmażyć szpinak dodając sporo gałki muszkatałowej i troche oregano i soli.
Ciasto makaronowe rozwałkować mniej wiecej do wielkości ściereczki (grubość 3 mm), po rozwałkowaniu ułożyć na czystej ściereczce.
Wzdłuż dłuższego prostokąta od swojej strony nakładać dynię, dalej szpinak, zostawiająć ok 5cm pas ciasta. Posypać wszystko pokruszoną ricottą (ja używałam miękkiej galbani, której nie da się pokruszyć więc nakładałam małe "kopki" łyżeczką)
Następnie posypać parmezanem.
Pozostawiony pas zwilżyć wodą i pomagając sobie ściereczką powoli, delikatnie zwijać roladę w kierunku od siebie. Zwiniętą roladę owinąć ścierką i związać końce sznurkiem nadając kształt kiełbasy.
W bardzo dużym garnku zagotować wodę, posolić i umieścić roladę. Obciążyć talerzem, gotować na małym ogniu pod przykryciem ok 25minut.
W tym czasie sklarować masło i podsmażyć na nim listki szałwii.
Gotową roladę wyciągnąć i bardzo delikatnie rozwinąć ściereczkę.
Pokroić w plastry, ułożyć szałwię, posypać parmezanem i lekko skropić masłem. Pychota!

P.S. Trzeba jeść od razu ponieważ ciasto dość szybko wysycha

poniedziałek, 7 września 2009

tarteletki z cukinią


W końcu kupiłam foremki na tarteletki. Wczoraj też pierwszy raz użyłam w kuchni mięsa (Ł. miał w środku łososia wędzonego, ale tylko i wyłącznie z tej okazji, że gotowałam łososia dla Melona. Ł. skorzystał i ponoć smakowało)
Ale raczej nie będe tego powtarzać. Jeśli chodzi o moje tarteletki to były dobre gdyby nie jedna rzecz. Dodałam do masy żółtko i to był ogromny błąd. W smaku czułam tylko jajko i nie byłam w stanie tego przełknąć. Jeśli ktoś lubi jajka to polecam dodać do śmietany i sera bo dzięki temu jest dobra konsystencja, ale w przepisie jajka nie uwzględniam. Przepis na cztery tarteletki o średnicy ok 12cm



150g mąki + 1łyżka mąki kukurydzianej
80g masła
sól, pieprz
2 łyżki lodowatej wody

200g śmietany
200g fety
2 małe cukinie
2 łyżki kaparów
4 pomidorki koktajlowe
kilka gałązek tymianku
sól, pieprz
oliwa

Przygotować kruche ciasto i schować do lodówki na ok 30 min.
Cukinie pokroić w skośne plastry, pokropić oliwą, posypać solą i pieprzem, zgrillować. W czasie gdy cukinia będzie w piekarniku, do miski wlać śmietanę, wkruszyć fetę, dodać kapary, drobno posiekane pomidorki, poszarpany tymianek, doprawić i dokładnie wymieszać.
Ciasto wyjąć z lodówki, rozwałkować i podzielić na 4 części. Wyłożyć ciastem foremki wysmarowane wcześniej oliwa. podziurkować widelcem i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 15 minut.
Po 15 minutach wyjąć, na dnie ułożyć zgrillowane plastry cukini, wylać masę serową, a na nią położyć resztę cukini,pokruszyć odrobinę fety i posypać kilkoma kaparami.
Piec ok 20 - 25 minut.

czwartek, 3 września 2009

Mój pierwszy chleb z maszyny


Wczoraj odebrałam maszyne do chleba, za którą jeszcze raz chce serdecznie podziękować i uściskać wujka i ciocię. Pierwszy wypiek, na próbę, był z przepisu z książeczki dołączonej do maszyny, więc nie będe cytowała, bo jak ktoś ma maszyne to i ten przepis pewnie ma. Jak zaczne kombinować po swojemu napewno się podzielę. A teraz podziwiajcie jaki równiutki, ładny i mięciutki. I sam się zrobił! całkiem bez mojego udziału. Chociaż jak na to spojrzeć to nawet trochę smutne, że to nie ja go zrobiłam;)
Przy okazji pochwale się (właściwie troche wstyd, no ale nic) że wczoraj poraz pierwszy udało mi się zapasteryzować słoiki. Wieczko wklęsło i wbrew strasznym snom, że odskoczy, pozostało wklęśnięte. A w nich pyszne pesto z cukini. Jestem z siebie taka dumna:D