poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Pesto z cukini i pomidorów


Ł. zażyczył sobie dziś makaron. Ja muszę się przyznać, że choć makarony uwielbiam, to odkąd zaczęłam gotować "bardziej" przestałam mieć ochote na ich przygotowanie. A to pewnie dlatego, że kojarzą mi się z czasami kiedy nie umiałam i nei chciało mi się nic gotować, a w domu zawsze były stosy makaronów i wystarczyło do nich podsmażyć czosnek lub w ramach urozmaicenia wlać pomidorową passatę i doprawić świeżymi ziołami. Do tej pory makaron z czosnkiem i oliwą to mój faworyt, ale w związku z dawnymi poczynaniami kulinarnymi, wszelkie dania makaronowe wydają mi się takie banalne i mało porywające, że wole gotować coś co jest małym wyzwaniem, daje mi jakąś satysfakcje i czegoś się przy tym uczę. Dlatego makarony ostatnimi czasy robię bardzo rzadko.
No ale mus to mus. Nie dość, że makaron to ku mojej rozpaczy nie ze śmietankowym sosem z zielonymi jarzynami, nie. Z sosem pomidorowym! Co zrobić. Przemyślałam sprawę, zajrzałam do lodówki i wywlkokłam z niej kilka rzeczy, które trzeba było zużyć. Czyli robiąc sos do makaronu można jeszcze odkryć coś ciekawego?

1 nieduża cukinia
200g suszonych pomidorów w oliwie (oliwę zachować)
ok 3/4 szklanki przecieru pomidorowego
10 listków bazylii
spora garść pestek słonecznika
6 ząbków czosnku
2 łyżki utartego parmezanu

Czosnek obrać i posiekać. W garnuszku rozgrzać oliwę spod pomidorów (ok 2 łyżek) i chwilkę podsmażać czosnek. Drobno posiekane pomidory wrzucić do czosnku.
Na tarce zetrzeć cukinię i dodać do pomidorów. Wymieszać dokładnie i chwilę dusić.
Dolać sos pomidorowy, wrzucić słonecznik i poszarpane listki bazylii.
Wszystko dokładnie wymieszać, gotować na wolnym ogniu, aż sos zgęstnieje.
Zgasić ogień. Zmieksować sos, ale tylko trochę, tak by pozostało sporo kawałkow pomidorów. Wsypać parmezan i wymieszać. Jeśli sos jest za gęsty można dolać sos pomidorowy i oliwę.Według mnie już nie trzeba doprawiać
Z podanych składników wychodzi około 3 porcji sosu. Następnym razem napewno zrobie dużo więcej i pozamykam w słoikach na leniwe dni.



Przepis dołączam do akcji cukiniowy sierpień. cukiniowy sierpień

Krem z dyni


Zupy. Uwielbiam zupy. Nigdy nie robię ich z jakiegoś konkretnego przepisu, chyba, że jakiś wyjątkowo mnie uwiedzie. Ale i tak zazwyczaj coś zmieniam. Nie da się ich zepsuć, są tanie, niskokaloryczne i nie trzeba do nich już nic więcej.
Czasami ludzie traktują zupę, jako przykry obowiązek. Do barszczu dolewają śmietanę, chyba tylko po to żeby uprzykrzyć sobię życie. Pływają w nich ogromne kawałki rozgotowanej pietruszki i marchewki. Zupę je się w oczekiwaniu na drugie danie. Dlaczego? Zupy mają tyle możliwości! prawie z każdego warzywa można wyczarować coś wspaniałego, a wystarczy zalać je wodą lub bulionem, dodać przyprawy, zmiksować lub nie i najeść się, ale w ten cudny lekki sposób, bez bólu brzucha z przejedzenia.
Uwielbiam zupy.


Doczekałam się wreszcie dyni. Niestety była jeszcze niezbyt dojrzała, ale i tak zupa wyszła z niej bardzo dobra. Nie pamiętam dokładnych proporcji bo robiłam tak jak zupę robić należy. Na oko.

1/2 średniej dyni (ok 2 kg)
2 cebule
zimny bulion jarzynowy (tyle żeby przykryć w garnku całą dynie)
2 łyżki śmietanki do zup
łyżka przecieru pomidorowego
łyżeczka octu z białego wina
łyżeczka soku z cytryny (można też dodać tartą skórkę)
kawałek (ok 2x3cm) utartego imbiru
chilli w proszku
szczypta cynamonu
szczypta gałki muszkatałowej
sól
biały pieprz
pestki dyni lub słonecznika do posypania
łyżka oleju sezamowego

Dynię obrać, wyciągnąć pestki, pokroić na małe kawałki. Cebule posiekać.
W dużym garnku rozgrzać olej, zeszklić cebulę, dodać imbir i sok i skórki z cytryny. Wrzucić całą dynie. Zalać zimnym bulionem przykrywając dynie i gotować pod przykryciem na średnim ogniu, aż dynia zmięknie (ok 30 min) mieszając od czasu do czasu. Dodać wszystkie przyprawy i ocet winny. Gotować jeszcze chwię. Wyłączyć ogień i miksować zupę dolewając śmietankę. W zależności od koloru dodać przecier pomidorowy lub go pominąć jeśli zupa jest wystarczająco pomarańczowa. Jeśli jest zbyt gęsta można dolać bulion, aż uzyskamy taką konsystencje jak nam się podoba. Po zmiksowaniu na gładki krem podgrzać, na talerzu posypać ziarnami.
Kiedyś robiłam podobną zupę dodając do niej jeszcze czerwoną paprykę pokrojąną w dość duże cząstki, którą wyciągnełam przed miksowaniem i dodałam już na talerzu. niestety tym razem zabrakło mi papryki, ale polecam taki sposób.


Podałam z chlebem z suszonymi pomidorami, cebulą i słonecznikiem wg przepisu Liski:)

piątek, 28 sierpnia 2009

Bułka czy chleb?


Wciąż czekam niecierpliwie na jesień. Wstaje wcześnie, żeby nacieszyć się chłodem i powyobrażać sobie, że poranna mgła utrzyma się przez cały dzień. Że się rozpada, że będe mogła usiąść z filiżanką earl graya, Melonem i książka. Niestety po chwili wychodzi słońce. Ale jak ostatnio odkryłam - najbardziej cieszy mnie czekanie na następną porę roku. Wyczekiwanie i złoszczenie się na ostatnie dni mijającej pory. Wyobrażanie sobie jak to będzie.
To już ostatni wypiek z dnia wczorajszego. Pachnący lanckorońską piekarnią, znów z pracowni wypieków, znów puszysty i przepyszny. Z podanych proporcji wychodzą dwa duże bochenki w związku z czym jeden zamroziłam.
Niestety nie przykryłam ciasta folią aluminiową przez co góra jest bardzo zarumieniona. W niczym to nie przeszkadza i mimo to jest mięciutka, ale następnym razem przykryje w trakcie pieczenia napewno.
No i niestety moje nacięcia nie rozeszły się tak pięknie jak u Liski, ale ja przecież dopiero zaczynam.

600g mąki
160ml mleka
200ml wody
15g drożdży
2 łyżeczki cukru
1,5 łyżeczki soli
30g oleju słonecznikowego



Drożdże pokruszyć i zasypać cukrem. Dolać lekko podgrzane mleko i odstawić na 15 minut. Do miski przesiać mąkę, zrobić dołek i wlać drożdże. Dodać pozostałe składniki. Wymieszać składniki i zagnieść ciasto (w moim przypadku koniecznie było dosypanie większej ilości mąki).
Wyjąć na omączony blat, uformować kulę, posmarować olejem i przełożyć do miski. Przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na ok 1,5 godziny.
Wyrośnięte ciasto lekko odgazować, podzielić na dwie części i uformować podłużne bochenki. Wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, przykryć ściereczką i odstawić na 1 godzinę.
Piekarnik nagrzać do 230 stopni, na dno wysypać szklankę lodu i poczekać aż lód się rozpuści. Powierzchnie bułek naciąć ostrym nożem, posmarować wodą z odrobiną cukru i włożyć do piekarnika. Po 10 minutach obniżyć temperature do 210 stopni, piec ok. 20 minut (w razie potrzeby w trakcie pieczenia przykryć folią alumniniową).
Po upieczeniu posmarować bułki wodą i wstawić na 3 minuty do wyłączonego piekarnika.
Ostudzić na kratce.
Bułkę piekłam późnym popołudniem. Rano była wyśmienita:)




Bułeczki znów


Ale tym razem trochę inne. Robi się je krócej i są bardziej puszyste i miękkie. Poza tym dłużej zachowują świeżość. Może nie są tak ładnie zaplecione, ale za to dla mnie, miłośniczki wszystkiego co mięciutkie, smaczniejsze. Według przepisu Liski z bloga white plate. (właściwie to przepis pochodzi z pracowni wypieków, a nie white plate).
Ja zrobiłam bez jajka.

200ml zimnego mleka
8 g świeżych drożdży
2 łyżeczki cukru
50 g zimnego, pokrojonego w kostkę masła
340 g białej mąki
7 g soli
sezam/mak do posypania



W miseczce roskruszyć drożdże i zasypać cukrem, dolać 4 łyżki zimnego mleka. Dokładnie wymieszać, aż drożdże się rozpuszczą.
Mąkę, sól i masło utrzeć ręką, dolać drożdże, i powoli wlewać reszte mleka.
Wyrabiać aż powstanie gładkie ciasto (powinno być dość miękkie, ale w razie potrzeby można dosypać mąkę). Odstawić ciasto przykryte ściereczką na 2 godziny, żeby podwoiło objętość.
Piekarnik nagrzać do 230 stopni, blache posmarować oliwą i formować z ciasta nieduże bułeczki. Ułożyć bułki na blasze, zostawiając odstępy, bo bardzo rosną.
Posmarować mlekiem, posypać sezamem/makiem/co kto chce i wstawić do piekarnika na 5 minut. Po tym czasie zmniejszyć temperature do 200 stopni i piec jeszcze 10 minut.
Pycha!

ziemniaczane "talarki"


Wczorajszy dzień był bardzo obfity w wypieki różnej maści, w związku z czym nie starczyło czasu na wpis.
Pierwsze będą kotleciki ziemniaczane. Jest to zmodyfikowany przepis Magdy K. z bloga fantazjemagdyk.blogspot.com.
Baza jest ta sama, ale trochę urozmaiciłam składniki. Kombinacje zaczęłam od zastąpienia znienawidzonego przeze mnie koperku, tymiankiem. Póżniej zauważyłam, że mam w lodówce otwarty słoik oliwek, a na końcu doszłam do wniosku, że zeszklona cebulka to jest to. Może z pozoru nie są to najlepiej skomponowane składniki, ale efekt jest naprawde świetny. Idealne jako dodatek do zupy lub przekąska na piknik czy do piwa. Ze względu na ziemniaczane ciasto przypominają trochę moje ukochane bułeczki z oliwkami, których próbowali juz chyba wszyscy moi znajomi.
Z podanych składników wyszło mi 15 małych talarków

200g ziemniaków
200g mąki
40g miękkiego masła
łyżeczka proszku do pieczenia
4 łyżki mleka
1 cebula
15 oliwek kalamata wydrylowanych
kilka gałązek tymianku
1,5 łyżeczki chilli
sól

Ziemniaki obrać, umyć, pokroić i ugotować w osolonej wodzie. Cebulę drobno posiekać i zeszklić na maśle. Do miski wsypać mąke, szczyptę soli, proszek do pieczenia i chilli, wymieszać.
Ziemniaki odcedzić, dolać łyżkę mleka i dokładnie zagnieść, do konsystencji kremu.
Do mąki dodać posiekane drobniutko oliwki, cebulę, ziemniaki i porwany na kawałki tymianek, dolać pozostałe mleko i wyrobić gładkie ciasto. Rozwałkować na grubość ok 0,5cm i wycinać kółeczka. Poukładać na lekko naoliwionej blasze, piec w temperaturze 200stopni ok 15 min, lub do czasu, aż ładnie się zarumienią i nabiorą złotego koloru.

niedziela, 23 sierpnia 2009

Bułeczki


Godzina 7:30. Stukot deszczu o parapet, szare powietrze i tak zimno. Opatulam się szlafrokiem i z jeszcze zamkniętymi oczami idę do kuchni. W lodówce czeka na mnie ciasto do uformowania.
Po chwili w domu rozchodzi się zapach ciepłych bułek. Słońce nie wychodzi, nie robi się cieplej, ale ciepłe bułki, masło, dżem, gorąca kawa sprawiają, że jest mi najcieplej.
Myśle o grubych swetrach, o herbacie, o szuraniu liśćmi. Idzie jesień, to pewne. A rano najpewniejsze. Czekam na nią i nie wybrzydzam. Kocham jesień tak samo mocno jak lato, jak wiosnę i jak zimę. Chociaż wiem, że w wyobrażeniach są zawsze ładniejsze niż w rzeczywistości. Ale w lecie ciepłe bułki nie smakują tak samo dobrze.
To lekko zmodyfikowane nocne bułeczki z http://atinabc.blox.pl
Napewno jeszcze nie raz je powtórze.

3 szklanki mąki tortowej ( w oryginale użyto typ 650)
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka cukru
40 g drożdży
1/2 szklanki wody
1/2 szklanki mleka
1/3 szklanki oliwy
1 łyżeczka soli
mleko do posmarowania (w oryginale użyto jajka)
sezam do posypania (może być też mak, jeśli akurat macie nie robaczywy:/)

Drożdże wkruszyć do miseczki, zasypać cukrem i zamieszać. Odstawić na 10 minut.
Do dużej miski przesiać oba rodzaje mąki, dodać drożdże, wodę, mleko, oliwę i sól.
Wszystko dokładnie wymieszać i zagniatać ciasto przez kilka minut podsypując dodatkową mąką, aż nie będzie się kleić. Włożyć do lekko naoliwionej miski i przykryć.
I tu pojawia się pewien problem. W oryginalnym przepisie ciasto należy schować na noc do lodówki. Tak też zrobiłam tym razem i udało się. Niestety jednak z mlekiem matki wyssałam zasadę, że drożdży nie wolno przeziębić, dlatego całą noc denerwowałam się, że nie urośnie. Urosło bardzo niewiele i nadrobiło dopiero w piekarniku. Jeśli ktoś jest ryzykantem i lubi życie na krawędzi może śmiało schować ciasto do lodówki, napewno tragedii nie będzie. Ja następnym razem odstawie ciasto w ciepłe miejsce. Takie już mam konserwatywne podejście do kwestii drożdży. Koniec wywodu.
Rano wyciągnąć ciasto, odgazować uderzając pięścią i podzielić na 10-12 części. Uformować bułeczki, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia (zachować spore odstępy bo bułki bardzo rosną), posmarować mlekiem i posypać sezamem.
Piec 20 minut w piekarniku nagrzanym do 220 stopni. Jeść koniecznie ciepłe, nie bacząc na zmyślony ból brzucha!

piątek, 21 sierpnia 2009

Brownie


Nie wiem czy wiecie, ale nie przepadam za czekoladą. Owszem, czasem mogę zjeść kostkę dobrej czekolady, a czekoladki Berga z marcepanem owocami i alkoholem powodują, że jestem szczęśliwa przynajmniej przez trzy dni, a to dlatego, że mama zawsze kupowała je przy okazji podróży do Dani. Wtedy jeszcze często trafiało się na produkt czekoladopodobny przy czym Bergi były o lata świetlne pyszniejsze.
Tak czy siak czekolady nie lubię, a wszelkie rzeczy czekoladowe są dla mnie po prostu niejadalne. Syropy, masy, ciastka, lody czekoladowe. Nie nie nie!
Są jednak w życiu kobiety dni kiedy po prostu musi zjeść czekoladę. Ja sobie to tłumaczę brakiem magnezu, żeby nie mieć wyrzutów sumienia. I przedwczoraj właśnie przyszedł taki dzień. Wertowałam blogi w nadziei, że zaspokoje się zdjęciami, ale niestety. Blog white plate mnie dobił i musiałam pojechać na zakupy, żeby upiec brownie. Mimo że jest czekoladowe, mimo że z jajkami, to było silniejsze niż ja. I całe szczęście. Przypieczona skorupka, wilgotne wnętrze i dużo orzechów. Właśnie tego mi bylo trzeba i chociaż nie wydaje mi się żebym powtórzyła ten wypiek wcześniej niż za miesiąc, to wkońcu napewno go powtórze. Jest takie pyszne jak brownie mojej siostry. Idealne na poprawe nastroju. Dziękuje Lisce za ten przepis:)
Nic w nic nie zmieniłam

140 g czekolady 70%
250 g drobnego cukru
4 jajka, lekko roztrzepane
140 g mąki pszennej przesianej
250 g masła o temperaturze pokojowej
200 g orzechów włoskich, grubo posiekanych

Czekolade rozpuścić w kąpieli wodnej. Masło zmiksować i powoli wlewać lekko przestudzoną czekoladę. Następnie dodać jajka, cukier i mąke, miksować do połączenia składników i dodać orzechy.
Piekarnik nagrzać do 190 stopni.
Formę (ja użyłam 23x30cm) wyłożyć papierem do pieczenia i wlać masę, rozprowadzić równo łopatką i piec 20 minut. Pozostawić do przestygnięcia (ja oczywiście ukroiłam jeszcze ciepłe)
Do tego bita śmietana, kilka malin i obiad gotowy:D (oj! gdyby babcia wiedziała, że jem ciastka na obiad!)

wtorek, 18 sierpnia 2009

Tarta cukiniowa



Jak dobrze wszystkim wiadomo cukinia jest najlepsza na świecie. Według niektórych nie ma smaku, a ja właśnie uwielbiam w niej ten delikatny smak, dzięki któremu można ją wykorzystywać na milion sposobów. Jakiś czas temu robiłam tartę z gruszkami na słono i z obawy przed brakiem gruszek w sklepie wymyśliłam tartę rezerwową, która tak mi się spodobała, że troche żałowałam, że dostałam gruszki. Oto ona


150g mąki
1 łyżka mąki kukurydzianej
85g margaryny
2 łyżki wody
sól

2 średnie cukinie
300g sera feta
150ml śmietany 18
1 mała papryczka chilli
tymianek
pieprz
parmezan

Mąke wymieszać z mąką kukurydzianą, rozetrzeć z masłem i solą palcami, tak by powstały okruszki. Dolać wody i zagnieść szybko ciasto. Schować do lodówki na pół godziny.
Cukinie pokroić z plastry.
Fetę wkruszyć do pojemnika, dolać śmietanę, dodać posiekaną papryczkę, tymianek i pieprz. Zmiksować wszystko na gładką masę.
Ciasto rozwałkować, wyłożyc nim wysmarowaną oliwą formę na tartę, podziurkować, wyłożyć papierem do pieczenia i wysypać ziarna fasoli. Piec 20 minut. w temperaturze 180 stopni.
Wyciągnąć ciasto z piekarnika, ściągnąć papier z fasolą. Na cieście ułożyć połowe plastrów cukini, skropić oliwą. Na to wylać masę serową i przykryć resztą cukini. Skropić oliwą i posypać parmezanem. Piec 20 minut na termoobiegu i 5 minut na grillu.
Po wyjęciu tarta musi przestygnąć. Najlepsza jest na po kilku godzinach lub na drugi dzień.


Tartę dołączam do akcji cukiniowy sierpień:)
cukiniowy sierpień

Melon przytulony do Kajtka przytulonego do mnie


Melon marzący o lataniu balonem

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Ravioli w sosie kurkowym

Wczorajszy wypad na grzyby został zwieńczony ugotowaniem sosu z kurek zakupionych w sklepie.
Od dłuższego czasu chodziło za mną takie ravioli, ale albo nie miałam ricotty, albo zabrakło kurek, albo nie było czasu. Wczoraj w końcu się do tego zabrałam.
Pierwsze ciasto, które robiłam z mojej ukochanej książki doprowadziło mnie do prawdziwej furii. Było twarde, nie chciało się wałkować, nie chciało się sklejać, aż wylądowało w koszu. Z pomocą przyszła Justyna i jej przepis na ciasto do pierogów, które było bardzo fajne, ale jak na ravioli chyba troche za miękkie. Jeśli macie swój sprawdzony przepis to radze skorzystać z niego. Jeśli nie, można śmiało wykorzystać ten przepis.

Ciasto:
3 szklanki mąki
3/4 szklanki wrzątku
1/3 szklanki zimnej wody
1 łyżeczka kurkumy

Farsz:
400g mrożonego szpinaku rozdrobnionego
250g ricotty
2 ząbki czosnku
łyżeczka soli
gałka muszkatałowa
pieprz

Sos:
250g kurek
śmietanka do sosów (ja użyłam creme fine)
1 cebula
łużka masła
świeży rozmaryn
dużo świeżo mielonego pieprzu
szczypta soli

Parmezan do posypania

Wymieszać sładniki ciasta i zagnieść, bez dosypywania dodatkowej mąki gładkie ciasto, uformować w kulę, odłożyc.
Szpinak podgrzać na patelni, wrzucić posiekany czosnek, przyprawy i wymieszać z ricottą na gładką masę.
Ciasto podzielić na pół. Obie części rozwałkować na takie same prostokąty. Spód ułożyć na stolnicy i łyżeczką układać farsz w odstępach ok. 2,5cm, ciasto pomiędzy farszem posmarować wodą, przykryć drugą częścią ciasta i skleić w nawilżonych miejscach. Pokroić radełkiem lub nożem.
Zagotować w garnku wodę, posolić i gotować ravioli przez kilka minut (ok 6)
W czasie gdy pierożki będą się gotować na patelni rozgrzać masło, wrzucić posiekaną cebulę i kurki (oczywiście wcześniej bardzo dokładnie umyte i z poodcinanymi nóżkami)
Podsmażać chwilę, dodać rozmaryn, zalać śmietanką i przyprawić. Gotować na małym ogniu, aż sos zgęstnieje. Odcedzone dokłanie ravioli polać sosem, posypać świeżo tartym parmezanem i podawać na podgrzanych talerzach

Proszę o wybaczenie słabego zdjęcia. Było robione wieczorem i na szybko.

niedziela, 9 sierpnia 2009

Sarenka fastfood

I Kajtek. kot dziadków, który spędza u mnie 10 dni wakacji.

Makaron MIE zalewany wrzątkiem, jarzynki mrożone z mieszanki THAI i sos teriyaki z saszetki. Taki leń dziś we mnie wstąpił.

sobota, 8 sierpnia 2009

Graham orkiszowy



Taaaaka chrupiąca skórka i taaaki mieciutki i mokry środek. Fantastyczny.
Ja przygotowałam z gotowej mieszanki dostępnej chociażby w almie, ale wystarczy wymieszać różne mąki i wyjdzie na to samo

300g mąki pszennej (typ 750)
100g mąki ciemnej orkiszowej
100g mąki graham
5g drożdży instant
340 ml wody (temp ok 25 stopni)
sól
1 mały ziemniak, ugotowany i rozgnieciony


Mąki drożdże i sól wsypać do miski, wlać wodę, dodać ziemniaka i wyrobić gładkie ciasto. Przykryć ściereczka i odłożyć w ciepłe miejsce na 30 minut.
Wyrośnięte ciasto wyłożyć na oprószoną mąką deskę i zagnieść nadając mu kształt formy (ja piekłam w keksówce, ok 30 cm długości), przełożyć do wyłożonej papierem do pieczenia formy, przykryć ściereczką i znów zostawić do wyrośnięcia na 40 minut.
Wyrośnięte ciasto naciąć, mozna posmarować mlekiem i posypać kminkiem.
Włożyć do piekarnika nagrzanego do 210 stopni, a po 10 min. obniżyć temperaturę do 180 stopni i piec jeszcze przez 40 min.
Wyłączyć piekarnik, chleb wyjąć po ok 15 min.
Ciepły jest pyszny, ale bardzo się kruszy. Na szczęście dzięki ziemniakowi chleb dłużej zachowuje świeżość więc na drugi dzień jest idealny.

Jarzynowe curry


A ja nadal w klimatach południowej Azji. Wszystko przez Justyne!

2 średnie ziemniaki obrane, posiekane w małą kostkę
1 mały bakłażan
1 marchewka
10 kolb mini kukurydzy
1 czerwona papryka
1 cukinia
pół niedużego kalafiora
2 szklanki zielonej fasolki szparagowej
2 szklanki mrożonego groszku
1 cebula
pasta curry (ilość i kolor wedle upodobania)
kminek
mleczko kokosowe
jogurt naturalny
olej (najlepiej ghee, ale niekoniecznie)
sól

Ziemniaki zrumienić na oleju, odsączyć. Paste curry rozgrzać na patelni, aż zacznie pachnieć,dolać olej, wrzucić posiekaną cebulę i zeszklić.Dodać kalafiora, fasolke, groszek, posiekaną w paski paprykę, bakłażana (w grube plastry i na krzyż) i pokrojoną w talarki marchewkę, posolić, podlać odrobiną wody i dusić aż wszystko lekko zmięknie. Dodac posiekaną cukinie, przekrojone na pół kukurydzki i ziemniaki, posypać kminkiem i podlać mleczkiem kokosowym i jogurtem.
Wymieszać i dusić aż sos zgęstnieje.
Można jeść z ryżem, ale same jarzyny są tak sycące, że napewno wystarczą. Z podanych skladników wychodzi około czterech porcji

czwartek, 6 sierpnia 2009

Placki kabaczkowe


Nie lubię smażonych rzeczy, ale kabaczek juz od 4 dni leżakował w lodówce, a na duszonego, gotowanego, pieczonego, grillowanego czy innego nie miałam ochoty. Placki okazały sie strzałem w dziesiątke. Do tego lekka sałatka i miętowy sos z jogurtu. No obiad pierwsza klasa.

placki:
1 duży kabaczek ( zamiast kabaczka można użyć cukini)
3 średnie ziemniaki
troche mąki (ilość zależy od tego jak wodnisty jest kabaczek)
pół łyżeczki proszku do pieczenia
pieprz
chilli w proszku
sól
oregano
olej do smażenia

sos:
opakowanie jogurtu
2 łyżki śmietany dwunastki (dla zagęszczenia, ale nie jest to konieczne)
10 posiekanych listków mięty
2 łyżeczki oliwy z oliwek
sok z limonki
chilli w proszku

sałatka:
dwie garście roszponki
dwie garście rukoli
10 pomidorków koktajlowych przekrojonych na pół
dwie garście zielonych oliwek
oliwa z oliwek
ocet balsamiczny
sól
pieprz

Kabaczek obrać i usunąć pestki, ziemniaki też obrać i zetrzeć jedno i drugie na tarce z dużymi oczkami.Dokładnie odcisnąć wodę.
W misce wymieszać jarzyny z przyprawami i dosypywać mąke, aż wszystko zrobi się troche lepkie.
Na patelni rozgrzać olej (wystarczy tyle żeby przykryć dno) i wrzucać uformowane placki. Smażyć z jednej i z drugiej strony aż ładnie się zrumienią. Gotowe placki odsączyć dokładnie na ręczniku papierowym i włożyć do piekarnika nagrzanego na 50 stopni, żeby nie wystygły w czasie gdy będą się smażyć następne placki.

W sosie i sałatce wystarczy wymieszać wszystkie składniki. Sos jak zwykle można przygotować nieco wcześniej i włożyć do lodówki.

focaccia



Przepis znalazłam na blogu mybestfood i jest naprawde godny polecenia. W oryginalnym przepisie była semolina, ja użyłam tylko mąki pszennej, ale następnym razem wypróbuje z semoliną. Poza tym oryginał był, przynajmniej początkowo, przygotowywany w maszynie do chleba, której ja narazie nie posiadam (ale już już niedługo będe miała!). Focaccia jest pyszna, idealna na kanapki, ma mało tłuszczu i koniecznie musicie jej spróbować. Choćby u mnie.

500 g mąki pszennej
15 g świeżych drożdży, lub 1 torebka drożdży granulowanych
200 ml ciepłej wody
100 ml ciepłego mleka
2 łyżki oliwy
1 łyżeczka cukru
2 łyżeczki soli

8 pomidorków koktajlowych przekrojonych na pół
zielone oliwki
oregano
sól
oliwa

Drożdże rozpuścić w ciepłym mleku z cukrem. Wszystkie składniki wymieszać w misce i wyrobić gładkie ciasto. Odstawić na 30 minut przykryte ściereczką.
Odgazować (uderzając pięścią) i ugniatać jeszcze chwilę.
Rozwałkować lekko ciasto i ułożyć na wysmarowanej oliwą blasze do pieczenia i palcem zrobić dołki w cieście.
Wstawić blachę na 10 min. do nagrzanego do 50°C i wyłączonego piekarnika.
Wyciągnąć, wcisnąć pomidorki i oliwki, posypać oregano i solą, polać oliwą, po czym znów włożyć na 10 min. do ciepłego, wyłączonego piekarnika.
Wyjąć blachę, przykryć ściereczką. Piekarnik rozgrzać do 200°C i piec focaccie ok 20 minut. Po upieczeniu położyć ciasto na kratce żeby odparowało.

Do środka powędrował camembert i dużo rukoli, ale można jeść ze wszystkim co się akurat ma, lub samą


No i powiedzcie mi po co kupować chleb jak można sobie samemu zrobić takie pyszności? A jak już dostane od Cioci maszyne to w ogóle piekarnie będą musiały o mnie zapomnieć

wtorek, 4 sierpnia 2009

Mini samosy



Pierwszy raz porwałam się na samosy, które jak dotąd jadałam tylko w green wayu. Te wyszły nieco inne, pomijając wielkość. Farsz troche urozmaiciłam, a ciasto wyszło jakie wyszło. Bardzo dobre, ale nie takie jak to, które znam. Chociaż na "zgrzewach" było bardzo podobne. Sos sam się zrobił. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby zrobić właśnie taki, ale to była pyszna sprawa.
Samosy z reguły są smażone. Moje są pieczone bo tak zdrowiej i smaczniej wg mnie.
ciasto:
2 szklanki mąki (ja wymieszałam 2/3 pszennej i 1/3 besan)
100 g masła
3 łyżki jogurtu
łyżeczka soli
pół łyżeczki proszku do pieczenia

farsz:
1 duży ziemniak
kawałek kalafiora (mniej więcej pół główki)
1 szklanka groszku (mrożony lub świeży)
1/2 czerwonej papryki
1 nieduża cukinia
3 łyżki śmietany dwunastki
dużo curry
dużo ostrej papryki w proszku
dużo slodkiej papryki w proszku (naprawde nie wiem ile bo sypałam do smaku, ale duużo)
2 łyżeczki imbiru w proszku
garść kminku
sól
łyżka masła
olej do smażenia

sos:
duże opakowanie jogurtu naturalnego
80g soczewicy zielonej
10 listków mięty posiekanych
curry
ostra papryka
słodka papryka
imbir
troche cynamonu
sól
pieprz czarny

W misce wymieszać jogurt z miękkim masłem, solą i proszkiem do pieczenia. Stopniowo dodawać mąke zagniatając gładkie ciasto. Kiedy nie będzie się lepiło do rąk uformować wałek o średnicy 5 cm i włożyc na chwilę do lodówki, żeby zrobiło się troche twardsze.
Ziemniaka obrać i pokroić w bardzo małą kostkę, kalafiora podzielić na małe różyczki.
W garnku rozgrzać olej i podsmażać ziemniaka i kalafiora, aż się zrumienią.
Groszek wrzucić do wrzątku i gotować chwile, żeby zmiękł.
Na patelni rozgrzać masło, wrzucić posiekaną w kostkę papryke i cukinie pokrojoną a bardzo cienkie pół plasterki. Smażyć chwile po czym dodać ziemniaka, kalafiora i groszek. Dosypać wszystkie przyprawy, śmietanę i gotować mieszając, aż farsz zrobi się gęsty i miękki.
Wałek ciasta podzielić na 7 plastrów. Kazdy plaster rozwałkować i przekroić na pół.
Takie półkole zgiąć na pół, trzymając w środku palec i skleić bok tak by powstał rożek (brzmi trudno, ale nie jest tak źle) Łyżeczką nakładać farsz i skleić ostatni bok robiąc przy tym falbankę na jednym i drugim sklejonym boku. Sklejone pierożki można posmarować śmietaną, żeby ładnie się zarumieniły.
Ułożyć na blasze i włożyć do piekarnika nagrzanego na 180 stopni. Piec ok 25 minut.
Sos jest banalny. Wystarczy zagotowac i odcedzić soczewicę, dodać do jogurtu i wymieszać z przyprawami i miętą. Można przygotować go wcześniej i włożyc do lodówki żeby się przegryzł.

Zrobienie samosów zajmuje sporo czasu i wymaga nieco pracy, ale tak naprawde nie jest to nic trudnego.

Cytrynowa zupa z żółtej cukini


Natalka ma w d. moje jagodzianki z kruszonką bez kruszonki i upomina się o zupę z cukini. Zrzucam to na fakt, że jagodzianek nie próbowała a zupy dostała łyżeczke i mimo, że była z curry to jej smakowała. Cóż począć? Wrzucam zupę wobec tego.
Do jej zrobienia zainspirowała mnie przecena na żółte cukinie u pana na placu, który wszystko ma w ślicznych koszykach i piękne zdjęcie w książce Nigelli, ale przepis jest całkiem zmieniony. Bo tak!

500g żółtej cukini (dwie średnio duże)
1 cebula
1/2 czerwonej papryki
1 litr bulionu jarzynowego
skórka i sok z jednej cytryny
3 łyżeczki oliwy z oliwek
kawałek świeżego imbiru (2x3cm)
1 łyżka curry (jak ktoś woli, może być kurkuma)
1 niecała łyżka ostrej papryki w proszku
szczypta soli
świeżo mielony czarny pieprz

Cebulę posiekać w drobną kostkę,
Cukinie umyć, pokroić na ok centymetrowe plastry, a później w kosteczke,
W garnku rozgrzać oliwę, wrzucić cebulę, cukinię, startą skórkę z cytryny i utarty imbir.Podsmażac to wszystko chwilę, aż lekko zmięknie, ale jeszcze będzie chrupiące.
Wsypać curry, papryke w proszku i dolać sok z cytryny.
Zalać bulionem i gotować około 10 minut.
4 minuty przed końcem gotowania dorzucić pokrojoną w kostkę świeżą paprykę, doprawić solą i pieprzem wg uznania, ewentualnie dodać więcej curry i papryki.
Przed podaniem radze lekko ostudzić.

Nigella miała sto procent racji twierdząc, że żółte potrawy poprawiają nastrój

cukiniowy sierpień

A tu jeszcze chore nóżki mojego królewicza:(


A tak już całkiem z innej beczki. Jak wiecie ludzi nie lubie i im nie mam ochoty pomagać (poza dziadziusiami rzecz jasna). Mimo to proszę was bardzo o wstąpienie na bloga Zbyszka i o pomoc dla Pauliny, która powinna być przykładem dla nas - miągw. Ma sto razy więcej energii i radości niż my wszystkie razem wzięte. Kopsnijcie po złotówce, co? zamiast na nowy nabłyszczacz do włosów;)
http://holdys.blogspot.com/