czwartek, 31 grudnia 2009

Życzę wam...


(elegancki Melon w sylwestra 2006)

I znowu życzenia.

Wszystkim życzę, żeby przyszły rok był lepszy niż ten jeszcze przez chwilę obecny.
Życzę ciszy i spokoju.
Życzę by wszyscy wasi bliscy mogli złożyć wam życzenia również za rok.
Życzę wszystkiego czego sobie życzycie.
Życzę szczęścia:)

czwartek, 24 grudnia 2009

krok po kroku, krok po kroczku...

Chciałam wszystkim życzyć wesołych świąt w gronie rodziny, magii mimo braku śniegu, pięknej prawdziwej choinki i litości wobec karpia.

Wszystkiego dobrego:)

przyjaciele karpia

sobota, 19 grudnia 2009

Makaron z rukolą i żurawiną

Znowu wszyscy narzekają na pogodę, a ja znowu jestem z powodu pogody szczęśliwa.
Jest zimno, śnieg się brudzi, no może na wsi to tak, ale w mieście? przecież korki, przecież ojej ojej jak źle!
Kochajcie zimę bo dzięki naszym poczynaniom już jej niedługo nie będzie.
Przestaniecie narzekać jak nie będzie można ulepić bałwana, pobawić się z psem w śniegu czy oglądać płatków sniegu topniejących na płaszczu? Eh.
Czemu nie dostrzegacie jak doskonała jest natura?

Makaron wyszedł sam. Pyszny, dziwny, ciekawy. Sama nie wiem czemu, ale wydaje mi się zimowy w smaku.



250g makaronu (spaghetti/penne/fusilli/co kto lubi)
200ml śmietanki creme fine
50g niebieskiego sera pleśniowego
3 ząbki czosnku
200g boczniaków pokrojonych w cienkie paski
50g suszonej żurawiny
garść czarnych oliwek pokrojonych
rukola (ok 2 garści)
łyżka oliwy
sól, pieprz, ostra papryka

Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić posiekany czosnek i smażyć przez chwilę. Dodać boczniaki i mieszając od czasu do czasu, podsmażać aż zmiękną.
Zalać śmietanką, dodać pokruszony ser i podgrzewać aż sos zgęstnieje. Dodać oliwki i żurawinę, doprawić do smaku.
Do gotowego sosu wrzucić ugotowany makaron i dokładnie wymieszać.
Na końcu delikatnie wmieszać rukolę.
Podawać odrazu.

środa, 9 grudnia 2009

hamburger



Zbyt zdrowy by nazywać go hamburgerem.
Zdecydowanie nie może zaliczać się do zacnej grupy fastfoodów.
Nie tylko dlatego, że nie robi się go szybko. Przede wszystkim dlatego, że jest o niebo lepszy od każdego fastfooda jakiego możecie sobie wyobrazić.

4 ciemne bułki z ziarnami
pesto z suszonych pomidorów i cukini (przepistutaj )
4 tofuburgery
20 liści szpinaku
pół cukini
pół zielonej papryki
8 małych boczniaków lub 4 duże
4 pomidorki koktajlowe
4 plasterki sera żółtego (opcjonalnie)
kiełki rzodkiewki
łyżka oliwy z oliwek
sól morska
pieprz świeżo mielony

Piekarnik nagrzać do 200 stopni na opcji grill. Cukinie pokroić w plastry, paprykę w cztery paski i razem z boczniakami wrzucić do pojemnika. Polać oliwą, dodać przyprawy i dokładnie wymieszać tak by wszystkie jarzyny były równomiernie pokryte.
Rozłożyć na kratce owiniętej folią i piec przez 5 min.
Bułki rozkroić na pół, spód i górę posmarować pesto (lub innym sosem) na spodzie ułożyć kilka listków świeżego szpinaku.
Po pięciu minutach do piekarnika włożyć tofuburgery i piec jeszcze 5-7 minut.
na szpinaku ułożyć burgery, plasterek sera, jarzyny, na to pokrojone w plasterki pomidorki koktajlowe, kiełki i przykryć górą bułki.
Lekko spłaszczyć dłonią i podawać odrazu.
Wystarczy nie dodawać sera i mamy pyszny wegański obiad.
Ostrzegam, że są bardzo sycące i bardzo pyszne

Smacznego:)



PS.1 Piszę ostatnio rzadko ponieważ obrona dyplomu zbliża się wielkimi krokami a ja jestem w kropce. Brak czasu chyba nigdy nie był dla mnie tak odczuwalny.
Na dodatek wczoraj odszedł nasz ukochany (choć strasznie niegrzeczny) królik Manolo. Jak znajde jego zdjęcie pokaże wam jaki był z niego przystojniak.
Narazie smutno i cicho. Nawet Mamut jakby smutniejszy.

PS.2 Chciałam bardzo serdecznie podziękować Arkowi za wyróżnienie mojego bloga. To zaskakujące i niezmiernie miłe, szczególnie, że przyznane przez kogoś kto prowadzi tak piękną stronę.
Niestety na chwilę obecną nie mam czasu zastanowić się nad dziesięcioma następnymi blogami do wyróznienia.
A nie jest to łatwe wśród tylu stron. Mam nadzieje, że kiedyś się za to zabiore. Narazie musicie mi wybaczyć

środa, 25 listopada 2009

Czosnek

Cheops, Horacy, Pitagoras, Hipokrates, Neron, Szekspir
Wychwalali czosnek i wierzyli w jego magiczną moc uzdrawiania.
Francuzi dodawali czosnek do wina a jeszcze całkiem niedawno w południowej Francji wieszano dzieciom na szyi ząbki czosnku by chronić je przed robakami.
Podobno ząbek czosnku zwalcza u kobiet bezpłodność, dodaje wojownikom siły i odwagi, a Odyseusz dzięki powąchaniu czosnku, do czego namówił go Hermes, uniknął zaczarowania w wieprza przez Kirke.
Moja niania, kochana pani Miecia, w zimie zawsze przed wyjściem rozgryzała surowy ząbek czosnku i jak twierdziła właśnie dzięki temu nigdy nie chorowała.
Ja też wierzę w czosnek. A przede wszystkim bardzo go lubię.
Zupa czosnkowa mojej mamy jest esencją czosnku. Lepiej nie wychodzić z domu po jej zjedzeniu.



1,5 dużej główki czosnku
750ml ciepłego bulionu jarzynowego
łyżka masła
łyżka mąki
łyżka utartego parmezanu
świeżo mielony czarny pieprz
szczypta soli morskiej

2 bułki (najlepiej ciabatta)
łyżka masła
ząbek czosnku
łyżeczka soku z cytryny
zioła prowansalskie
trochę tartego parmezanu

W garnku z grubym dnem rozpuścić masło i wrzucić pokrojony w cienkie plasterki czosnek. Posolić i smażyć kilka minut na wolnym ogniu, aż czosnek lekko się zeszkli.
Trzeba bardzo uważać by nie zaczął się rumienić bo będzie gorzki.
Czosnek popruszyć mąką, wymieszać i smażyć jeszcze chwilkę.
Zalać wszystko bulionem i gotować na wolnym ogniu ok 10 minut. Po tym czasie zmiksować zupę na gładką masę, doprawić pieprzem i parmezanem.
Bułki rozkroić wzdłuż na pół, masło wymieszać z przeciśniętym przez praske czosnkiem, ziołami i sokiem z cytryny.
Dół bułki posmarować przygotowanym masłem i posypać parmezanem. Przykryć górą i spłaszczyć dłonią.
Wstawić na 5-7 minut do piekarnika nagrzanego na 180 stopni.
Po upieczeniu ukroić kromki i podawać razem z gorącą zupą.

wtorek, 24 listopada 2009

Kapuśniak. Po prostu.

Choroba dopadła i mnie. Co prawda nie bardzo mocno i raczej już przechodzi, chociaż ja cały czas czuje ją na czubku nosa, w karku i w łokciach. Ogólnie uważam się za najbardziej chorą, obolałą i najbiedniejszą mimo, że właściwie nic mi się już nie dzieje.
Ł. też chory. A co jest najlepsze na chorobę? Gorąca zupa oczywiście.
Przepis na kapuśniak dostałam od babci bardzo dawno temu. Była to pierwsza zupa, którą robiłam.
Nie pamiętam już nawet czy robie go nadal według babcinej metody czy też całkiem inaczej. Wiem za to, że jest tak prosty, że aż wstyd zamieszczać tu przepis (może dlatego robie to pod osłoną nocy), wiem też, że gorący i bardzo kwaśny kapuśniak jest najlepszy na wszystko co złe. Również ten z Louis De Funes w roli głównej:)
Przepis dedykuję wszystkim chorującym



200g kapusty kiszonej (jak najbardziej kwaśnej)
1 marchewka
3 ząbki czosnku
włoszczyzna (można użyć gotowego bulionu)
1-1,5l wody
dużo majeranku
dużo kminku
dużo świeżo mielonego czarnego pieprzu
szczypta soli
liść laurowy
3 ziarenka ziela angielskiego

4 ziemniaki ugotowane
2 łyżki mleka
1 duża cebula
2 łyżki oliwy z oliwek

Włoszczyzne oczyścić i gotować na wolnym ogniu ok 45 min. Według uznania wyłowić lub zostawić w wodzie po ugotowaniu(ja nie przepadam za rozgotowanymi jarzynami)
Do bulionu wrzucić kapustę i pokrojony w plasterki czosnek i utartą na grubych oczkach marchewkę. Posolić i popieprzyć do smaku, wrzucić liść laurowy i ziele angielskie. Gotować 20 minut.
Po ugotowaniu dodać kminek i majeranek.
Ziemniaki utłuc z mlekiem na gładką masę.
Cebule drobno posiekać i zrumienić na oliwie. Ziemniaki polane cebulką podawać na osobnym talerzyku*



* tak podany kapuśniak lubię najbardziej, ale można też zostawić pokrojone ziemniaki w bulionie i gotować razem z kapustą, a podsmażoną cebulkę dodać do zupy pod koniec gotowania.

Smacznego:)

niedziela, 15 listopada 2009

Tofu Gong Bao



No może nie do końca gong bao, ale coś w ten deseń. Robiłam raczej na wyczucie bo za pierwszym razem wypróbowałam sos według przepisu i był okropny.
To mój pierwszy "chiński" wyczyn, zależało mi na tej specyficznej konsystencji i sama nie wiem jakim cudem, ale się udało.

2 kostki twardego tofu (jedno naturalne i jedno wędzone)
1 czerwona papryka
1 zielona papryka, obie pokrojone w cienkie paski
8 pieczarek w plasterkach
2 duże cebule pokrojone w cienkie piórka
2 duże garście orzeszków ziemnych (najlepiej niesolonych)
2 łyżki mąki kukurydzianej
3 łyżki ciemnego sosu sojowego
2 łyżki jasnego sosu sojowego (plus dwie do marynowania tofu)
2 łyżki octu ryżowego
2 łyżki oleju sezamowego
1 łyżka brązowego drobnego cukru
korzeń imbiru (wielkości kciuka)
3 ząbki czosnku
olej do smażenia

Tofu pokroić w plastry ok. 1 cm grubości. Naturalne tofu wrzucić do pojemnika, dodać utarty imbir i przeciśnięty przez praskę czosnek, zalać sosem sojowym, zamieszać i schować do lodówki na ok. 2 godziny.
Mąke nasypać do miseczki, powoli wlewać sos sojowy, cały czas mieszając aż powstanie gęsta, jednolita masa, dodać olej, ocet i cukier, dokładnie wymieszać i schować do lodówki.
Olej (ok 2 cm wysokości) rozgrzać na patelni i wrzucić naturalne i wędzone tofu, smażyć kilka minut i odsączyć na ręczniku papierowym.
Z patelni odlać olej (można odrobinę zostawić) wrzucić cebulę, kiedy zacznie się szklić dodać paprykę i pieczarki.
Dolać sos i wszystko dokładnie wymieszać. Wrzucić odsączone tofu i dusić wszystko kilka minut. Jarzyny muszą być lekko chrupiące, ale nie surowe.
Orzechy podprażyć na suchej patelni aż zaczną się rumienić i dodać do tofu.
Podawać z ryżem.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Skąd te scones?


A z white plate.
Smakują wszystkim, są puszyste, idealne na śniadanie i co najważniejsze - ich wykonanie od początku do wyjęcia z pieca zajmuje nie więcej jak 20 minut.
Warto więc wstać pół godziny wcześniej i przygotować je razem z kawą.
Intrygowały mnie odkąd w "Szelmostwach niegrzecznej dziewczynki" przeczytałam, że niegrzeczna dziewczynka w Londynie zamawiała herbatę i scones. No i jak ich miałam nie zrobić skoro trafił się przepis?
W oryginale były rodzynki, ja wymieniłam je na suszoną żurawinę.

260g mąki tortowej (w zależności od jogurtu może być potrzebne nieco więcej)
70g zimnego masła pokrojone
1 jajko
150g jogurtu naturalnego (może być jogurt grecki)
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
40g drobnego cukru (używam golden caster Billingtona)
duża garść suszonej żurawiny
szczypta soli
jogurt do posmarowania



Piekarnik nagrzać do 220 stopni.
Mąke i proszek przesiać do miski, posiekać z masłem i dodać cukier, sól, jogurt, roztrzepane jajko i żurawinę. Wymieszać i wyrobić ciasto (ma być miękkie, ale nie zbyt lepkie)
Na omączonej stolnicy rozwałkować ciasto na grubość ok 2-3cm. Wycinać foremką lub szklanką kółka (u mnie miały średnicę ok 5 cm) i układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Posmarować jogurtem.
Piec ok 12 minut.

Doskonale smakują na ciepło z odrobiną masła i dżemu.

orzechowe curry z dynią

Lubie święto zmarłych chyba najbardziej ze wszystkich świąt. Lubię chodzić na cmentarz na jesieni, lubię oglądać na rakowicach te same stare grobowce obrośnięte bluszczem i zasypane liśćmi. Nie lubię tylko tłumów.
Wczorajsze święto było pierwszym w moim życiu kiedy nie poszłam na grobowiec rodzinny i nie zapalałam świeczek za ludzi, ktorych nie znałam lub nie pamiętam.
Wczoraj pierwszy raz myślałam o śmierci, którą już znam.
Do tej pory miałam wielkie szczęście i nie umarł mi nikt na tyle bliski żebym odczuwała jego brak, więc śmierć była całkiem obcym zjawiskiem.
Myślałam, że z tym zjawiskiem łatwo się pogodzić. Niestety wcale nie.

Curry przygotowałam zainspirowana curry Przemka już mniej więcej tydzien temu. Niestety głowa odmawiała posłuszeństwa i nie pozwalała mi usiąść do komputera, dlatego przepis dopiero teraz. Można go jeszcze dołączyć do akcji dyniowej?



ok 400g dyni
1 duża cukinia
duża garść mrożonego groszku
duża garść mrożonej fasolki szparagowej zielonej
1 papryka
1 duża cebula pokrojona w paski
2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę
niewielki kawałek imbiru starty
100g posiekanych nerkowców
mleczko kokosowe (ok 250-300ml)
żółta pasta curry
sól
olej

Dynie pokroić w niedużą kostkę, posmarować oliwą i posypać solą, włożyć na 10 minut do piekarnika nagrzanego do 220 stopni.
Na patelni rozgrzać olej, wrzucić czosnek, imbir, cebulę i orzechy i ok 2 łyżek pasty curry. Smażyć mieszając aż wszystko lekko się zrumieni, dodać podpieczoną dynię, cukinię pokrojoną w plastry, paprykę pokrojoną w kostkę i chwilę podsmażać, ale tak by jarzyny nie zmiękły. Dolać mleczko kokosowe, groszek i fasolkę, mieszać i dusić ok 10-15 min do rozmrożenia groszku i fasolki. Można podawać z ryżem, ale jak dla mnie było by to zbyt sycące.






A to nasz malamut zwany Mamutem. Znajda sprzed dwóch tygodni.
Jego obecność, a raczej jego głupota, pewnie typowa dla psa pociągowego powoduje jeszcze większą tęsknote za moją małą mądralą, która na każdy temat miała swoje zdanie, zdecydowanie inne niż jego pańcia.
Ale przyplątał się, potrzebował pomocy, nikt się po niego nie zgłosił więc jest i uczę się go kochać. Ma jedno oczko niebieskie a jedno żółte, ale oczywiście w przeciwieństwie do Melona nie umie pozować do zdjęć więc na żadnym tego nie widać.
Taki mały tępak:)

wtorek, 27 października 2009

Zupa z pieczonej dyni z pastą oliwkową

Wolę spacery jesienią niż latem.
Wolę płaszcze niż cienkie koszulki, wolę oficerki niż japonki, wolę szurać liśćmi niż chodzić po suchym betonie, wolę nosić rękawiczki niż zastanawiać się czy do Wisły można wskoczyć dla ochłody, wolę gorącą herbatę niż herbatę mrożoną, wolę niskie pomarańczowe słońce pażdziernika niż wysokie jasne lipcowe, wolę gęstą zupę niż sałatkę.
Bardzo kocham jesień.




ok 700g dyni
2 czerwone cebule
2 czerwone papryki
4 ząbki czosnku
oliwa z oliwek
łyżeczka miodu
kawałek imbiru startego
gałka muszkatałowa (świeża! nie w proszku)
szczypta pieprzu cayenne
szczypta cynamonu
świeżo mielony czarny pieprz
sól
ok 1l bulionu jarzynowego

100g czarnych oliwek

Dynie obrać i pokroić w niewielkie kawałki, cebule pokroić w piórka, czosnek w grube plasterki. Wszystko wrzucić do miski, dodać oliwę, miód i wszystkie przyprawy, dokładnie wymieszać. Papryki pokroić na ćwiartki.
Wszystkie jarzyny ułożyć na blasze (papryki skórką do góry) i wstawić do ok 25 min do piekarnika nagrzanego do 220 stopni.
Po wyjęciu z pieca papryki owinąć w folie aluminiową a dynie z czosnkiem i cebulą wrzucić do garnka. Odczekać pare minut i obrać papryke ze skóry, dodać do dyni.
Jarzyny miksować powoli dolewając gorący bulion, aż do uzyskania konsystencji jaka nam pasuje. Gotować na wolnym ogniu przez kilka minut.
Oliwki wrzucić do miseczki i zmiksować, ale nie na całkiem gładką masę.
Gotową zupę przelać na talerze, udekorować pastą z oliwek i kilkoma kroplami oliwy truflowej lub zwykłej



poniedziałek, 26 października 2009

dyniowe risotto



Dynię zazwyczaj piekę w piekarniku z dodatkiem oliwy i przypraw. Tak przygotowaną dodaje do makaronu, robie z niej farsz, zjadam po prostu lub miksuje i robie z niej zupę. Z tego co zauważyłam bardzo dużo osób właśnie tak robi więc zbyt oryginalna nie jestem. Ale co zrobić skoro właśnie w tej formie jest najlepsza?
Dziś nie będzie pieczona. Dziś dynia w risotto, na takiej samej zasadzie, jak robie prawie każde risotto z wyjątkiem klasycznego.

500g dyni
750ml bulionu jarzynowego
250ml białego wytrawnego wina
sól
pieprz
szczypta ostrej papryki

1 duża cebula
350g ryżu arborio
30g masła
kilka pręcików szafranu
świeży rozmaryn
50g pecorino (może być i parmezan, ale dynia ciekawie komponuje się z pecorino)

Dynie obrać i pokroić w sporą kostkę. Kilka kostek odłożyć. Resztę umieścić w garnku, zalać zimnym bulionem, doprawić i gotować, aż dynia zmięknie. Dolać wino, zagotować i zmiksować na gładko. Jeśli jest zbyt gęsta można dolać trochę wody.
Na patelni rozpuścić 20g masła, zeszklić drobno posiekaną cebulę i wrzucić opłukany ryż. Kiedy ziarenka będa przezroczyste zalać dwoma chochlami zupy.
Gotować na bardzo wolnym ogniu cały czas mieszając i dolewając chochlę za każdym razem gdy ryż wchłonie cały płyn. W trakcie dodać pokruszony szafran.
Kiedy ryż już zmięknie, ale jeszcze nie całkiem, wrzucić drobno pokrojone odłożone kawałki dyni. Podlać jeszcze raz, ewentualnie dwa razy, tak żeby dynia za pozostała chrupka.
Kiedy ryż będzie gotowy (na patelni nie będzie pozostawał płyn po odsunięciu ryżu), dodać resztę masła i większość pecorino,posiekany rozmaryn, zamieszać i podawać odrazu.
Najlepiej z winem wykorzystanym do zupy.

Smacznego:)



Przepis bierze udział w akcji dyniowej

wtorek, 13 października 2009

Jesienne minestrone

Jesienne chociaż jesień jakby się już z nami żegnała. Myślę już o nartach i ciepłych ubraniach. Ostatnio z okazji padającego śniegu wpadłam w świąteczny nastrój i upiekłam miodowe ciasto. Wszystko pachniało świętami, a ja wchodząc do salonu zdziwiłam się, że nie ma tam choinki. Ale do tego jeszcze trochę, prawda? Jeszcze pobędzie z nami złota jesień.
A co może być lepszego na jesienne popołudnie niż zupa pełna jarzyn?
Najlepiej jedzona w towarzystwie przyjaciół. Najwierniejszych:)


pół małej dyni
2 ziemniaki
1 cukinia
3 pomidory
1 papryka czerwona
1 papryka zielona
dwie garście mrożonego groszku
dwie garście mrożonej fasolki szparagowej
2 czerwone cebule
główka czosnku
oliwa z oliwek
2 łyżki mąki
sól, pieprz
oregano
ostra papryka
pesto do podania

Dynie, pomidory i ziemniaki obrać i pokroić w drobną kostkę, papryki pokroić w dość dużą kostkę, cukinię w plastry i na ćwiartki. Cebulę posiekać drobniutko, a czosnek w niezbyt cienkie plasterki.
Dynie i ziemniaki włożyć do dużego garnka i zalać wodą (ok 1,5 litra), gotować na wolnym ogniu.
Cebulę i czosnek wrzucić na rozgrzaną oliwę, zeszklić i dosypać mąkę, dokładnie wymieszać i smażyć pare minut.
Gdy woda z dynią i ziemniakami się zagotuje, odczekać ok 5-10 min i wrzucić do garnka cebulkę, pomidory i cukinię, po paru minutach dodać paprykę, groszek i fasolkę szparagową. Doprawić i gotować jeszcze ok 15 minut.
Na talerzu położyć łyżkę pesto i zalać gorącą zupą.

Byłam niedawno w Kazimierzu Dolnym. Tam jesień wygląda chyba najładniej. Te wszystkie kamieniczki i drewniane domy na wzgórzach pełnych drzew, grzane wino, kochane kundle i cudna restauracja. Ja tam i tak wole Lanckoronę, ale jeśli ktoś nie był to niech jedzie natychmiast.


restauracja Zielona tawerna


Sarenka na rynku







miasteczko


mój kazimierski kumpel


Sarenka i Ł. na statku

poniedziałek, 28 września 2009

somewhere over the rainbow

Kupiłam dziś obwarzanka pod domem. Kiedy pani spytała czy to dla Melonka uświadomiłam sobie, że nie.
Wszystko jest jeszcze takie żywe.A z czasem będzie mniej bolało, wiem, ale będzie się zacierało, oddalało i wtedy będzie to już ostateczne.
Chyba wolę te bolesne pobudki z chwil bezmyślności, a raczej momenty przed nimi niż przyzwyczajenie, które przyjdzie z czasem.

(podróżnik w Lanckoronie)

Tak czy siak to nie miejsce.

Jeśli chodzi o jedzenie, sałatka, w której zakochałam się na pięknym blogu http://coochnia.blogspot.com, trochę zmieniona



kilka listków różnych sałat (ja użyłam strzępiastej i rukoli, ale pasowałaby tu frise)
6 małych buraczków
100g niebieskiego sera pleśniowego
200g kurek
łyżka masła
sól, pieprz(koniecznie świeżo mielony)

2 łyżki śmietany
2 łyżki chrzanu
2 łyżki oliwy
2 łyżki octu winnego

Składniki sosu wymieszać, schować do lodówki. Buraki obrac, posmarować oliwą i owinąć folią aluminiową, włożyć do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na ok 40 minut, aż zrobią się miękkie (można wcześniej obgotować, ja upiekłam surowe)
Kurki oczyścić i wrzucić na patelnię na rozgrzane masło, posolić i popieprzyć, podsmażać kilka minut aż zmiękną, ale nadal będą jędrne.
Buraczki po upieczeniu ostudzić, pokroić na ćwiartki. Ułożyć na sałacie, posypać kurkami, pokruszonym serem i pokropić sosem.


(nasza mała lokatorka)

niedziela, 27 września 2009

pokonywanie małej Sarenki

Śliwki, grzyby, kozi ser, miód, brukselka, figi, gorzka czekolada.
Są rzeczy, których dzieci nie lubią z zasady. Czasem nawet bez spróbowania twierdzą, że to najobrzydliwsza rzecz na świecie.
Do niedawna, rzeczy, do których nie zdążyłam się przekonać w dzieciństwie figurowały jako te od których należy się trzymać z daleka. W pewnym stopniu blogi i ciekawość nowych smaków zmieniają moje zasady i zaczynam próbować. Oglądam wasze blogi i czasem coś tak bardzo do mnie przemawia, że dogaduje się z małą Sarenką i zmuszam się do spróbowania. Zazwyczaj okazuje się, że słusznie.
Tak jak większość zaciekłych orędowników mlecznej czekolady przerzuciłam się na gorzką, mleczną odstawiając na bok. Miód, który zawsze był za słodki i paskudny wczoraj mi zasmakował, śliwki i grzyby, których nie dotykałam ze względu na robaki, wczoraj w kuchni poszły w ruch, kozi ser, wywołujący mdłości stał się ważnym akcentem w obiedzie. Figi może kiedyś, brukselka zapewniam, że nigdy do mnie nie dotrze.

Od jakiegoś czasu chodziło za mną połączenie cukini i koziego sera. Chociaż go nie lubie uznałam, że w tym połączeniu zagra idealnie.
Zainspirowana przepisem Karolci z for the body and soul zrobiłam lekko zmodyfikowane cukiniowe crumble. Cudo



1 kg cukini
150g koziego sera kremowego
150g czarnych oliwek wydrylowanych i pokrojonych w plasterki
3 ząbki czosnku bardzo cienko pokrojone (oglądał ktoś chłopców z ferajny? właśnie tak pokrojone)
kilka gałązek tymianku
3 łyżki oliwy z oliwek
oregano
sól i pieprz

150g mąki
80g masła
30g parmezanu
sól
2 łyżki zimnej wody

Z mąki masła soli i parmezanu przygotować kruche ciasto. Uformować kulę i schować do lodówki. Cukinie pokroić w skośne cienkie plastry, wrzucić do zamykanego pojemnika razem z oliwkami, czosnkiem, oregano i oliwą. Wszystko wymieszać.
W foremce ułożyć warstwę z połowy cukini, łyżeczką nałożyć połowę koziego sera i tymianku. Przykryć resztą cukini i nałożyć pozostały ser i tymianek.
Na wierzchu pokruszyć ciasto.
Włożyć do piekarnika nagrzanego do 190 stopni, piec ok 20 minut po czym przełączyć na opcje grill i piec jeszcze 5-7 minut do zrumienienia.

niedziela, 20 września 2009

maliny, czekolada, pożegnanie

Kończy się lato, kończą się maliny i kończy się wielki kawał mojego życia. Czekałam na jesień, która zawsze oznaczała ciszę i spokój. Popołudniowe szarówki, ciepła głowa na kolanach, spokojny oddech, stukot deszczu, książki, herbata, koc.
Samotność była pełniejsza niż czas z towarzystwem bo miałam czas dla niego. dla liczenia plamek na karku, dla przerywania czytania, oglądania uszu i szukania zdania na którym przerwałam czytanie. Teraz jesień będzie samotna całkiem inaczej. Będzie zimna i smutna, szara w ten przykry lepki sposób. Nie będzie kogo głaskać ani tulić, komu robić raka nieboraka, który szczypie i robi znak. Samotność będzie pustką i myśleniem jak było dobrze i jak już nie będzie.
Ostatnio często pachniał czekoladą. Nie wiem czemu bo czekolady nie dostawał. Sam też nie kradł bo raczej rzadko mam czekoladę w domu. Nos, broda, szyja. Nie tylko ja to zauważyłam. Naprawde pachniał czekoladą.



Tarteletki z gorzką czekoladą, migdałami i malinami

150g mąki
3 łyżki kakako
3 łyżki cukru pudru
100g masła
2 łyżki zimnej wody
500g serka mascarpone
2,5 łyżki amaretto
1 łyżka cukru pudru
70g migdałów w płatkach
250g malin
pół łyżki cukru brązowego
1 kostka gorzkiej czekolady

Mąke, kakao i cukier puder przesiać do miski. Wrzucić pokrojone zimne masło i utrzeć palcami, aż zrobią się okruszki. Dolać zimnej wody i wyrobić szybko ciasto (będzie nadal bardzo sypkie) zagnieść kulę i schować do lodówki na pół godziny.
Mascarpoce włożyć do miseczki, dolać amaretto, wsypać cukier puder. Z migdałów odjąć garść i odłożyć, resztę ubić tłuczkiem, ale nie na pył. Dosypać do serka, wszystko dokładnie wymieszać i schować do lodówki.
Kulę ciasta podzielić na cztery części, włożyć do foremek o średnicy 12cm i przyciskając palcami wypełnić brzegi i dno foremki (ciasto jest zbyt sypkie, żeby je rozwałkować). Foremki włożyć na 15 minut do nagrzanego do 190 stopni piekarnika.
W tym czasie umyć maliny, wybrać kilka najładniejszych.
Foremki wyjąć z pieca, na dno wysypać maliny, zalać serkiem z amaretto, posypać brązowym cukrem i piec jeszcze 20 minut.
Po upieczeniu ostudzić i pozwolić masie lekko stężeć, posypać resztą migdałów, udekorować malinami i posypać wszystko utartą czekoladą (przydałaby się tu tarka do trufli, której niestety nie posiadam)



Ciasto jest gorzkie co według mnie jest dobrym tłem do słodkiej masy i malin, ale jeśli ktoś woli słodsze desery można do ciasta dodać więcej cukru.


Gdzie może być lepiej niż przy pańci pod kołdrą?

czwartek, 17 września 2009

Zabawa łańcuszkowa

Wczoraj zostałam ustrzelona przez ziji z http://totrzebalubic.blox.pl. Nie powiem, żebym miała szczególny nastrój na takie zabawy w tym momencie, ale i tak jest mi niezmiernie miło, więc się przyłącze. Nie wiem tylko czy uda mi się znaleźć aż 6 osób, które jeszcze w tej zabawie nie uczestniczyły.
A oto zasady:

1. Podać linka do bloga osoby, która nas "ustrzelila".

2. Zacytować u siebie zasady zabawy.

3. Napisać sześć rzeczy o sobie.

4. "Ustrzelić" następnych sześć osób.

5. Uprzedzić wybrane osoby, zostawiając komentarz na ich blogu.

No to zaczynamy.

1. Najbardziej na całym świecie kocham mojego psa Melona, który jest niestety bardzo ciężko chory. Jest bassetem artezyjsko normandzkim, ma 13 lat i jest po prostu super chłopakiem.

W związku z tym, że to mężczyzna mojego życia zostaje na zawsze na moim ramieniu.

(tu był jeszcze nie dokończony)


2. Studiuje projektowanie ubioru, ale z samym projektowaniem nie wiąże swojej przyszłości. Bardziej interesuje mnie pisanie o modzie, trendy i przede wszystkim historia ubioru. Czytam i kupuję wszystko co mi wpadnie w ręce na ten temat, kocham całym sercem moją profesorke Zosię i po skończeniu tych studiów wybieram sie na historie sztuki by móc pogłębiać wiedze z historii ubioru.
A jak już przy modzie jesteśmy - jestem ślepo zakochana w Christianie Diorze, a także w Johnie Galliano. Nie lubię za to Chanel, choć oczywiście doceniam.
Poza tym kolekcjonuje szpilki:D



3. Czytam głównie prozę iberoamerykańską. Zaczęło się od Marqueza, teraz na faworyta wybrałabym chyba Cortazara. Również Donoso, Llosa i kilku innych by się znalazło. Uwielbiam też powieści Rosyjskie. Dostojewskiego, Tołstoja stawiam na równi z Cortazarem I Marquezem. Poza tym Kundera, Myśliwski, Eco, Kafka, Heller. Z poetów Leśmian Leśmian Leśmian!


4. W każdym miejscu w którym jestem wybieram sobie dom lub kilka, w których chciałabym mieszkać. Wyobrażam sobie jaka bym była gdybym tam żyła i wydaje mi się, że w każdym domu byłabym inna. Uwielbiam stare kamienice i domy. Im większa ruina tym większe prawdopodobieństwo, że będe chciała tam mieszkać.
Wybieram sobie nie tylko domy, ale i miejsca. Skwery, kawiarnie, uliczki, przejścia pod kamienicami. Uwielbiam spacerować po Wrocławiu i gubić się w Pradze. Kocham Wiedeń i Sandomierz. Polski Cieszyn, Czeski Krumlov, Mediolan i Lanckoronę. Chciałabym pojechać na Kubę bo skrycie kocham się w Fidelu Castro.
Najbardziej jednak mój i tylko mój Kraków z nie pasującymi do siebie krzesłami, dymem papierosowym i tym że każdy każdego zna. Wiele lat mieszkałam przy rynku. Teraz zdecydowanie wole podgórze.

Ja w ogrodzie opuszczonego domu gdzieś przy granicy słowacko polskiej



5. Moim największym autorytetem jest Dziadek. Lubię chodzić do dziadków, słuchać historii zakopiańskich (mój dziadek spędził dzieciństwo w Zakopanym)o Anielci, Władzi, jamniku Łobuzie, tacie dziadka, góralach z okolicy, przyjaciółce z sąsiedztwa, kulturalnych żołnierzach z wehrmachtu i wiecznie pijanych żołnierzach rosyjskich. Są najcudowniejsze na świecie. Słucham ich jak bajek, te same historie opowiadane trzydziesty raz wcale mnie nie nudzą. Ciągle nie mogę doprosić się dziadka o zapisanie mi tych wspomnień. Poza tym babci pierogi ruskie przebijają wszystko, nawet najbardziej wykwintną kuchnię. W ogóle babcia gotuje doskonale!

Dziadziuś na weselu mojej siostry


6.Nie wiem co by tu jeszcze napisać. Może muzyka. Skończyłam szkołe muzyczną (gram na fortepianie) dzięki czemu na zawsze na pierwszym miejscu pozostanie muzyka klasyczna. Przede wszystkim Mozart. Również Beethoven, Prokofiev, Borodin, Paganini, Vivaldi. Później przyszedł okres buntu i przez kilka lat zasłuchiwałam się w black metalu - głównie satyricon, darkthrone, bathory i takie tam. Pózniej ostrzejsza elektronika, noise, industrial i ambient - front line assembly, skinny puppy, iszoloscope, xotox, lustmord, architect, covenant, wai pi wai. Później przyszła era psychobilly i nekromantix, tiger army, horrorpops, mad sin itd. Trochę szeroko pojętego trip hopu jak massive attack, telepopmusik, royksoop, blonde redhead, air i koop. Teraz zagłębiam się w jazz i blues, uwielbiam Davida Bowiego, Marka Grechutę, Simona i Garfunkela, ale co najważniejsze nigdy nie przestawałam słuchać żadnego gatunku dlatego, że spodobał mi się inny. Myślę, że niejedna osoba bardzo by się zdziwiła widząc zawartość mojego ipoda;)

No i to by było na tyle. I tak wątpie żeby ktoś przez to wszystko przebrnął;)
Teraz strzelam do następnych osób. Jeśli ktoś już brał udział, a nie zauważyłam to przepraszam bardzo

Negresca z prowincjonalnej wioski
Magda z fantazji kulinarnych Magdy K.
Dorotka z moje kuchenne zapiski
Kasia z gotowanie cieszy
Asieja z ugotujmy
Kredka z malowane smakiem

środa, 16 września 2009

Taka tam sałatka

Zastanawiam się ostatnio nad niektórymi blogami, które widuje na durszlaku. Kiedy pierwszy raz trafiłam na blogspot znalazłam same piękne blogi, z cudownymi przepisami, zdjęciami i opisami. Co mnie dodatkowo zaskoczyło bardzo dużo przepisów było wegetariańskich. Założyłam swojego bloga między innymi żeby się uczyć. Żeby coraz lepiej gotować podpatrując innych, żeby robić coraz ładniejsze zdjęcia. Nie twierdze, że mi to wychodzi, ale napewno staram się jak mogę.
Jestem wegetarianką, ale również weganizm jest mi bliski. Oglądałam kilka wegańskich blogów i nie mogę wyjść ze zdziwienia. Dlaczego prawie zawsze wegańskie jedzenie na blogach wygląda jak trzy razy przeżute i wyplute? czy nie dodawanie nabiału naprawde musi prowadzić do tego, żeby widok jedzenia przyprawiał o mdłości? Zawsze kojarzyłam jedzenie wegańskie z czymś świeżym, czystym, pozbawionym wszystkiego co mogłoby mnie obrzydzać, np jajek. A tu proszę! Nie da się tego podać ładnie? nie da się zrobić zdjęcia nie nadgryzionego, rozpłyniętego, z okruchami? Niestety na mój odbiór jedzenia, i myśle, że większości z was również, ogromny wpływ ma jego wygląd. Jeśli widzę piękne zdjęcie odrazu mam ochotę zrobić takie samo. Jeśli widzę coś co przypomina lekko nadtrawiony pokarm wymieszany z płynami ustrojowymi, nie mam ochoty nawet sprawdzać z czego to się składa. Wolałabym już przepisy bez zdjęć, albo zdjęcia samych składników.
Nie chcę tu nikogo krytykować. Naprawdę! I jeśli kogoś uraziłam, bardzo przepraszam. Po prostu mnie takie zdjęcia odstraszają, mimo, że sama często gotuję wegańsko i cenie to jedzenie, więc co dopiero ludzi, którzy tak nie jedzą? Jak mają się przekonać, że nie wykorzystując zwierząt też można jeść smacznie jeśli widzą tylko takie przykłady?
A co wy myślicie? Czy wygląd jedzenia ma znaczenie?
No dobrze. Koniec wywodu. Teraz sałatka stworzona przy okazji czystek w lodówce. Prosta, nie zaskakująca. I dobrze.



10 listków sałaty dębowej
10 listków sałaty frise
30 listków rukoli
20 pomidorków koktajlowych (ja użyłam żółtych, ale mogą być i czerwone)
20 oliwek zielonych
1 średnia cukinia
garść płatków migdałów
trochę parmezanu do posypania

1 mały jogurt naturalny
3 łyżki musztardy sarepskiej
3 ząbki czosnku przeciśnięte przez praske
1 łyżka oliwy z oliwek
1 łyżka octu winnego
1 łyżka soku z cytryny
pieprz czarny


Przygotować sos mieszając wszystkie składniki i schować do lodówki, żeby się przegryzł.
Cukinie pokroić w cienkie plastry, posmarować oliwą i zgrilować. w tym czasie dokładnie umyć sałaty i umieścić w misce. Pomidorki poprzekrajać wzdłuż na pół.
Zgrilowaną cukinie wrzucić do sałaty i wymieszać. Ułożyć na talerzu, poukładać pomidorki i oliwki, pokropić sosem i posypać wszystko migdałami i parmezanem.

wtorek, 15 września 2009

Brzydkie bułeczki


Śliczne w swojej brzydocie, najbardziej miękkie z możliwych. Mimo małej ilości cukru są dość słodkie.
Jadłam z powidłami taty Piotrka ze śliwek, gruszek i brzoskwiń, na które mam nadzieje, dostane przepis. Polecam wszystkim miłośnikom miękkiego jasnego pieczywa.

350g mąki pszennej
12g świeżych drożdży
1 łyżeczka soli
2 łyżeczki cukru
200ml mleka
1 łyżka oliwy
mleko do posmarowania



Drożdże rozkruszyć w miseczce i zasypać cukrem.
Do miski przesiać mąki, dodać sól i rozpuszczone drożdże. Wymieszać i powoli wlewać mleko a na końcu dodać oliwę. Wyrobić rękoma i odstawić aż ciasto podwoi objętość (ok 2 godziny)
Piekarnik narzać do 230 stopni. Ręce posmarować oliwą i z ciasta (jest dość luźne) formować kulki (jeśli ktoś chce ładne równe bułeczki może posypać ręcę mąką zamiast oliwą, bo to dzięki niej tak się rozłażą). Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, zostawiając 1cm odstępy. Ja ułożyłam w stokrotke bo uwielbiam miejsca po rozerwaniu bułek
Odłożyć na 15 minut. Posmarować lekko mlekiem, wstawić do piekarnika na 5 minut po czym zmniejszyć temperature do 200 stopni i piec ok 10 minut. Przełożyć na kratkę i lekko przestudzić. Najlepsze jeszcze ciepłe!