wtorek, 1 stycznia 2013

Bajgle i śniadanie doskonałe




Jakby ktoś pytał to żyję. Prowadzę sobie nudne i przykładne życie, a raz na dwa tygodnie udaję, że mam mniej lat, objadam się pysznościami przygotowanymi przez Martę, upijam się winem i prowadzę zaciekłe dyskusje o tematyce wszelkiej - zazwyczaj tej zupełnie bezsensownej dla każdego przykładnego i nudnego człowieka. Gorszą częścią tego rytuału jest zrywanie się z łóżka 20 minut przed rozpoczęciem zajęć, a zdecydowanie najgorszą, poniedziałek i powrót do bycia przykładną, oficjalną i odpowiedzialną. Wszystko to czym gardzę odkąd pamiętam. Ale dość o mnie!
Teraz o śniadaniu przedsylwestrowym. Chociaż czy można to jeszcze nazwać śniadaniem skoro gotowe było koło 15?
Tak czy owak:


bajgle ekspresowe:

2, 5 szklanki mąki
1,5 łyżeczki drożdży
łyżka soli
łyżka cukru
ok szklanki letniej wody
łyżka cukru do gotowania

zaczyn: drożdże wymieszać z wodą i cukrem, odstawić do wyrośnięcia na ok 15-20 minut.

Do zaczynu dodać przesianą mąkę i sól, wyrobić gładkie i elastyczne ciasto. Znów odstawić do wyrośnięcia, aż ciasto podwoi swoją objętość.
Piekarnik nagrzać do 190 stopni. W garnku zagotować wodę z łyżką cukru. Wyrośnięte ciasto wyrobić, podzielić na 6 kawałków i z każdego uformować oponkę. Gotowe oponki odłożyć pod ściereczkę na ok 15 min.
Każdą oponkę wkładamy pojedynczo do wrzątku na 30 sekund (po 15 sek z każdej strony)
Wyjmujemy i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Teraz można posypać bajgle dowolnymi przyprawami, ziołami, makiem itp. My wykorzystałyśmy czarną sól i mieszkankę szkockich kwiatów, które przywlokłam z wakacji z Szkocji.


Ozdobione bajgle wkładamy do piekarnika na ok 20 min. Na ostatnie 5 minut można włączyć opcje grzania od góry, by bajgle ładnie się zarumieniły.

Do bajgli podałyśmy grillowaną cukinię z cytrynowym vinaigrette, awokado rozdrobnione widelcem z sokiem z cytryny, solą i odrobiną kwiatków, serek philadelphia i jajka sadzone.









wtorek, 12 czerwca 2012

faszerowana papryka, tabbouleh i sesja

Spotykamy się u mnie, razem się uczymy, przepisujemy i czytamy, zapamiętujemy i zapominamy, przyklejamy karteczki na czoło o czwartej nad ranem i zgadujemy czy jesteśmy Freudem czy Ortegą, pytając o ich teorie. Zasypiamy na jednej kanapie "tylko na kilka minut", pijemy wino i popijamy zimną kawą, która to już tej nocy? Siedzimy w zadymionej kuchni a rano nawilżamy i rozświetlamy twarze. Zamalowujemy ślady nieprzespanej nocy. Robimy zdjęcia notatek, nic nie pamiętamy. Piszemy, wychodzimy, nie mamy już siły cieszyć się, że się udało. Satysfakcja, że jednak pamiętamy, że to już nam zostanie, że przyda się w dyskusji, że nagle rozumiemy świat. Odsypianie, snucie się po domu i od nowa, wiedza unosi się w powietrzu i miesza się z dymem. Trzeba coś zjeść. Na szczęście jest Marta, dziś nie zamawiamy pizzy. Szybkie zakupy, szybki pomysł, beatlesi i gotujemy.


Papryka faszerowana soczewicą i tabbouleh

6 czerwonych papryk
500g soczewicy
500ml przecieru pomidorowego
mały koncentrat pomidorowy
paczka kuskusu
2 cukinie
2 marchewki
brokuł
5 małych pomidorów
2 cebule
5 ząbków czosnku
szklanka wywaru z warzyw
3 łyżeczki czerwonej pasty curry
po dwie łyżeczki: curry, cukru, kuminu, imbiru, kolendry, kurkumy
sól

Piekarnik nagrzać do 180 stopni (grzanie od góry). Soczewicę przepłukać kilka razy aż woda będzie czysta, wrzucić do garnka, zalać wodą ok 1,5cm ponad soczewicą, lekko posolić i co jakiś czas mieszając, gotować aż soczewica wchłonie wodę i będzie miękka.
1,5 posiekanej cebuli i 2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę podsmażyć na dużej patelni na łyżce oliwy. Wymieszać wszystkie przyprawy z łyżką soli i pastą curry, dodać do cebuli i czosnku i prażyć przez kilka minut na dużym ogniu. Dodać soczewicę, 2/3 przecieru i koncentrat, podsmażać mieszając aż zrobi się w miarę jednolita pasta. Paprykom odkroić górną część, usunąć gniazda nasienne, pokrywki zostawić. Oczyszczone papryki nafaszerować soczewicą, do ok 2/3 wysokości, dopełnić wywarem zmieszanym z przyprawami i resztą przecieru, ułożyć w brytfance i podlać pozostałym bulionem (zostawić odrobinę do podduszenia warzyw). Włożyć do piekarnika i ewentualnie przykryć folią aluminiową żeby papryki się nie przypaliły. W trakcie pieczenia trzeba co jakiś czas sprawdzać czy już papryki już są miękkie, u nas zajęło to około 20-30 minut.
Kuskus zalać wrzątkiem, Brokuły podzielić na małe różyczki, cukinie posiekać w plastry, marchewkę zetrzeć lub również posiekać. Brokuły zblanszować, cukinie lekko podsmażyć.
Pozostałą cebulę i czosnek zeszklić na patelni, dodać pomidory pokrojone w ósemki, brokuły, cukinię i marchewkę, podlać resztką wywaru i dusić chwilę aż wyparuje, dodać kuskus i dokładnie wymieszać.


Pozostały farsz z soczewicy jest doskonały do kanapek.
Dzięki Marta, było najpyszniej.

Mamut czy tam Helmut w trakcie przepytywania z filozofii. Niestety nie umiał wyjaśnić o co chodzi w teorii Kanta na temat sądów syntetycznych a priori. Matołek





 

zdjęcia: Marta, Natalia, ja

wtorek, 29 maja 2012

I don't fuck people that own no books

Michu zaprosił mnie do zabawy, którą od dłuższego czasu śledziłam na różnych blogach. Rzadko przyłączam się do tego typu zabaw, ale czytać uwielbiam, jestem "bibliotekarą" czyli zamiast na fajne fury lecę na kolekcję książek, i mogę o książkach rozmawiać godzinami. Taka ze mnie nudziara. Pamiętam jak jeden chłopak niechętnie wybierał się ze mną i moimi znajomymi na piwo "bo wy ciągle rozmawiacie o książkach". Długo z nim nie pobyłam. Namiętnie wymieniam się książkami ze znajomymi i oczywiście rzadko je odzyskuje, ale zazwyczaj nie jest mi żal. To nawet miłe, że moja książka (albo nie moja? pożyczona od kogoś, przywłaszczona, taka która już wydaje się moja) wędruję gdzieś po świecie, jeździ z całkiem obcymi ludźmi na wycieczki, zmienia czyjś pogląd na jakąś sprawę. No ale do sedna.

O jakiej porze czytasz najchętniej?
Najczęściej w nocy. Lubię ciszę, lubię światło lampki przy łóżku i lubię być sama z moją książką. Dawniej nie potrafiłam położyć się spać bez książki i zazwyczaj z nią zasypiałam, rano nie mając pojęcia gdzie skończyłam. Wyjątkiem są tramwaje. Uwielbiam czytać w tramwajach, przerywać i obserwować ludzi, trzymając bilet przy linijce na której przerwałam, lub trawić jakieś zdanie patrząc w okno. Pamiętam jedną poranną wycieczkę gdy czytałam paragraf 22 Hellera. Ledwo powstrzymywałam śmiech, chowałam twarz w kurtce a i tak co chwilę wybuchałam śmiechem przy opisie wypychania policzków by wyglądały jak jabłuszka. Zaspani, szarzy ludzie jadący do pracy spoglądali na mnie jak na wariatkę, a ja miałam przez to jeszcze większy ubaw.

Gdzie czytasz?
Jak już wspomniałam wyżej - najczęściej w łóżku i w tramwajach, ale też w wannie, w pociągach i na dworcach czekając na pociągi. Czasami gdzieś na trawie czy ławce, ale z jakiegoś powodu nie przepadam za czytaniem na świeżym powietrzu.

Jaki rodzaj książek najchętniej czytasz?
I to jest dla mnie trudne pytanie. Najczęściej idzie to jakoś fazami. Liceum to wielka miłość do Ameryki Południowej. Na tle szkolnych lektur te książki były niesamowite, żywe, takie całkiem inne. Rzadko wtedy sypiałam, książki były ważniejsze. Dalej kocham Marqueza, Donoso, Llose, ale chyba niestety trochę już wyrosłam z tego poetyzmu. Uśmiecham się czytając ich książki, ale jednak tego typu romantyzm gdzieś w procesie dorastania uleciał. Nadal często czytam Cortazara, może przez to, że on do tego poetyzmu dodaje nieco więcej brudu i szarości. Kocham go za opisy przejażdżek tramwajami, za miasto jako bohatera powieści, za zniszczonych ludzi, którzy gubią się w gąszczu brudnych uliczek, za miłość, która wcale nie jest romantyczna, a raczej zadymiona, poddaszowa i smutna.
Z szarości lubię też czeską literaturę, Kunderę, Kafkę. Dobrze się ich czyta w czasie deszczu.
Później przyszła fascynacja Rosją, która nigdy nie minęła. Dostojewski i Tołstoj przede wszystkim, ale i inni klasycy. Nie mogę się nadziwić jak pięknie można pisać, nie poetyzując, nie kolorując, bez ozdobników.
Następna była Młoda Polska. Absolutnie kocham tych łobuzów. Ogólnie zawsze ciągnęło mnie do awangardy, każdego okresu. Z Polski jeszcze Tyrmand, Myśliwski i jego niesamowity traktat o łuskaniu fasoli.
Poza powieściami również książki Kołakowskiego, Tatarkiewicza, Hawkinga (zawsze marzyłam żeby być fizykiem jądrowym lub astronomem). Wszystko co mi wpadnie w ręce o historii ubioru i mój najukochańszy Leśmian, do którego czytania na głos, często zmuszam chłopaka kiedy wyleguję się w łóżku.
Nie jestem fanką fantastyki, ale o dziwo przeczytałam jej całkiem sporo. Lubię Vonneguta, Huxleya, Gaimana.
Czasami kupuję książki ze względu na autora (np Eco), ale najczęściej wybieram po okładce lub tytule. Tak jest! Oceniam książki po okładce i zazwyczaj okazuję się to słuszne. Dobra, może już wystarczy.

Jaką książkę ostatnio kupiłaś/dostałaś?
Ostatni zakup to Kino Klasyczne, drugi tom historii filmu, ale to ze względu na studia. Najczęściej pożyczam książki więc ostatnio pożyczona to baśnie latynoamerykańskie, za które ze względu na egzaminy jeszcze nie miałam czasu się zabrać.

Co czytasz obecnie?
Dla przyjemności Nowy wspaniały świat Huxleya, polecony przez mojego cudnego australijskiego kumpla, żebym zrozumiała jak wyglądają jego sny.
Mniej dla przyjemności, chociaż trochę też: historia myśli filmowej Hellman, językoznawstwo ogólne Weinsberga, koncepcje i metody współczesnej lingwistyki strukturalnej Apresjana, akty mowy Wierzbickiej, ucieczka od wolności Fromma, kultura jako źródło cierpień Freuda, samotny tłum Reismana, bunt mas Ortegi, społeczeństwo otwarte i jego wrogowie Poppera. Tak w skrócie;)

Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi?
Nie lubię niszczyć książek, chociaż bardzo lubię kupować zniszczone książki. Nigdy nie zaginam rogów i nigdy, poza dedykacjami, nie piszę po książkach. Używam zakładek a raczej wszystkiego co za zakładkę może posłużyć. Najczęściej to bilety, jakieś kartki, kawałki wstążki czy listy. W liceum matematyczka zaprowadziła mnie do dyrektorki ponieważ jako zakładki do książki użyłam pocztówki z reprodukcją rysunku Egona Schiele. Ponoć zarówno rysunek jak i książka - nieznośna lekkość bytu, były wysoce niestosowne do mojego wieku. Nawet wezwano mamę do szkoły, ale kazała zająć im się czymś sensownym i nie przyszła. Ja kartki niestety nie odzyskałam, książkę dopiero po maturze. Oto niestosowny rysunek:

Ebook czy audiobook?
Ani jedno ani drugie. Nie wyobrażam sobie, że ktoś miałby mi czytać książkę z płyty i nie znoszę czytać z komputera. Lubię dotykać książki i głaskać okładkę po zamknięciu, takie podziękowanie i pożegnanie. Jestem staroświecka. Książka to papier, druk i okładka i nigdy się to nie zmieni. A fe!

Jaka jest twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Tak się złożyło, że zamiast czytać książki dla dzieci, wspinałam się na regał mamy i wybierałam to co miało ładną okładkę. Ogromne wrażenie w drugiej klasie podstawówki zrobiło na mnie pachnidło Suskinda i o miłości i innych demonach Marqueza. Kiedy spałam u dziadków zawsze męczyłam babcię żeby na dobranoc recytowała mi Lilie Mickiewicza. Nie cierpię go, ale ballady i romanse mu się całkiem udały. Próbuje wymyślić coś bardziej dla dzieci, ale naprawdę nie wiem. Może baśnie Andersena?

ulubiony cytat związany z książkami?
“If you go home with somebody, and they don't have books, don't fuck 'em!”
― John Waters ;)

Nie wyznaczam nikogo konkretnego do kontynuowania zabawy, ale jeśli ktoś ma ochotę podzielić się swoimi przemyśleniami i ulubionymi książkami to będę niezwykle wdzięczna za linki w komentarzach

wtorek, 22 maja 2012

Naleśniki z pełnego ziarna z warzywami

Specjalnie dla Małej Mu,wrzucam przepis na banalne naleśniki. Bo ostatnio w ogóle gotuję dość banalnie, chyba, że najdzie mnie na pierożki won ton i stanie przez kilka godzin nad bardzo prowizorycznym garnkiem do gotowania na parze (o dziwo włożenie zwykłego sitka do garnka z gotującą się wodą, nie było najgorszym pomysłem).
Te naleśniki to jedno z pierwszych moich dań w ramach akcji witaminizacji którą na swoim blogu zapoczątkowała moją wredna przyjaciółka Justyna. Stwierdziłam że nie zaszkodzi jeść trochę zdrowiej i ruszyć tyłek sprzed komputera, w związku z czym do menu weszło 5 porcji warzyw dziennie, wieczorne bieganie z panem Mamutem, rowerek i trochę ćwiczeń z kolegą (gałgan liczy mi wszystko co do sekundy).
Jak już mówiłam te naleśniki to nic szczególnego, ale są smaczne, mają w środku masę warzyw a samo ciasto jest z drobnej mąki z pełnego przemiału, którą kupiłam w tesco. Kosztowała tyle co zwyczajna mąka i wypróbowałam ją już do pierogów, brownie, naleśników, pancake'ów. We wszystkim sprawdziła się doskonale, ale ostrzegam, że ma nieco wyraźniejszy smak i całkiem inaczej chłonie wodę, więc ciasto na naleśniki robimy na oko, tak by uzyskać konsystencje dość rzadkiej śmietany. Nadzienie oczywiście można do woli modyfikować, ja zużyłam to co było w domu. Jak zwykle;)
Przepis na ok 12 naleśników
Ciasto
1 jajko
250g mąki
250ml mleka
50ml wody
1/2 łyżeczka soli
olej do smażenia

Nadzienie 4 kotlety sojowe (typu schabowe)
150ml bulionu jarzynowego
pół główki kapusty pekińskiej
1 mała cukinia
1 mała marchewka
1 cebula dymka
3 ząbki czosnku
kawałek imbiru
2-3 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka sosu chilli
1 łyżka oleju

Wszystkie składniki ciasta dokładnie wymieszać, dodając mleka lub mąki dla uzyskania odpowiedniej konsystencji. Odstawić na ok 30 minut, w tym czasie przygotować nadzienie.
Kostkę sojową zalać gorącym bulionem i odstawić na ok 10 minut (lub według przepisu na opakowaniu) Kapustę posiekać w paski, marchewkę w zapałki, cukinię w bardzo cienkie półplasterki, cebulkę w krążki.
Kotlety sojowe odsączyć z bulionu i posiekać lub porozrywać na drobne kawałki. Na patelni rozgrzać olej z sosem sojowym i chilli, dodać przeciśnięty przez praskę czosnek i imbir, podsmażać minutę, po czym wrzucić kostkę sojową. Smażyć przez 2-3 minuty, dodać wszystkie warzywa i ciągle mieszając, na dużym ogniu, podsmażać chwilę, ale tak by wszystkie warzywa pozostały chrupiące. Można dodatkowo podlać niewielką ilością sosu sojowego.
Kiedy farsz jest gotowy można zacząć smażyć naleśniki. Ja posmarowałam teflonową patelnie odrobiną oleju, później już go nie dolewałam. Myślę, że na dobrej patelni, można spokojnie smażyć bez żadnego tłuszczu. Na gotowych naleśnikach rozłożyć farsz i zwijać w formie krokietów (składając górę i dół naleśnika do środka i rolując w poprzek). Z powodu upału bardziej pasowały mi lekko przestygnięte naleśniki, ale jeśli ktoś woli gorące to polecam podgrzać w piekarniku zamiast na patelni.

piątek, 16 marca 2012

pieczone pierogi z warzywami

Wróciła mi ochota na gotowanie. Nie tylko na szybkie makarony i zupy kremy, również na pieczenie ciast, lepienie pierogów i wielogodzinne pilnowanie gotującego się bulionu. Nie chcę obiecywać, że tutaj wrócę i znów będę regularnie zamieszczać posty, ale przyznaję, że zbieram w sobie na to coraz więcej chęci. Częściowo dzięki statystykom, które mówią, że bloga wciąż odwiedzają setki osób. To miłe, że mimo braku nowości ktoś tu jeszcze zagląda. Dziękuję, że o mnie pamiętacie:)



Wczoraj wymyśliłam sobie bulion. Bez kostek i weget, taki domowy, najprawdziwszy. Kupiłam dużo warzyw, zalałam wodą, doprawiłam i czekałam. Zaczęłam się zastanawiać jak wykorzystać te wygotowane warzywa z bulionu. Tak, wiem, że mają mało wartości odżywczych, że smak nie ten, że najlepiej do śmieci, ale jednak żal.
Internet podpowiadał tylko tradycyjną sałatkę, na którą nie miałam ochoty, i farsze, ale żadnych konkretów. Tak z kombinowania i szperania po lodówce powstały pieczone pierogi. Ciasto zapożyczyłam z przepisu na samosy (klik) bo nie chciałam żadnych ciężkich drożdżowych ciast, ale nie chciałam też kruchego, twardego ciasta. To jest w sam raz. Co do farszu to są to po prostu zmiksowane rozgotowane warzywa z bulionu i trochę dodatków. A jak wy wykorzystujecie te "resztki"? Wyrzucacie? Robicie sałatki? Jakieś inne sposoby?

Poniżej podaje przepis, ale jest to tylko luźna inspiracja, cokolwiek wyciągniecie z bulionu na pewno nada się do zapakowania w ciasto.

Ciasto:
2 szklanki mąki
100 g masła
3 łyżki jogurtu
łyżeczka soli
pół łyżeczki proszku do pieczenia

Bulion/Farsz:
2 marchewki
2 pietruszki
1 seler
1/2 malej kapusty włoskiej
1 por
2 małe cebule
4 ząbki czosnku
1 mała cukinia
1 łyżka czarnuszki
sol, pieprz i dowolne przyprawy, których używacie do bulionu

Marchewkę, pietruszkę, seler, por i ćwiartkę kapusty obrać, umyć, pokroić w dość duże kawałki i umieścić w garnku. Jedną cebulę obrać, przekroić na pół i przez kilka minut opalać nad palnikiem, aż lekko się spali. Ząbki czosnku ponacinać i wraz z cebulą i przyprawami dodać do reszty warzyw. Wszystko zalać zimną wodą i na bardzo wolnym ogniu gotować przynajmniej dwie godziny, aż bulion nabierze smaku, a warzywa będą zupełnie miękkie. Zupę przelać przez sitko i dokładnie odsączyć warzywa, najlepiej odstawić do przestygnięcia na jakiś czas po czym zmiksować nie bardzo dokładnie.
W misce wymieszać jogurt z miękkim masłem, solą i proszkiem do pieczenia. Stopniowo dodawać mąkę zagniatając gładkie ciasto. Kiedy nie będzie się lepiło do rąk uformować kulę, owinąć folią spożywczą i schować do lodówki na ok 30 minut.
Pozostałą cebulę pokroić w kostkę i podsmażyć na patelni, dodać startą na grubych oczkach cukinię, posiekaną pozostałą kapustę lub jakiekolwiek inne warzywa, które akurat są pod ręką. Wymieszać ze zmiksowanymi warzywami i farsz gotowy, doprawić do smaku czarnuszką, można też dodać ostrej papryki, ziół, co tylko wam pasuje.
Ciasto po wyjęciu z lodówki cienko rozwałkować, wycinać koła o średnicy ok 10-12 cm, na środku położyć farsz i skleić w formie pieroga. Dodatkowo można ciasto posmarować jogurtem lub roztrzepanym żółtkiem by ładnie się zarumieniło. Piec ok 25 minut w temperaturze 180 stopni. Mi wyszło około 15 sporych pierogów. Następnego dnia są nawet lepsze niż zaraz po upieczeniu:)

piątek, 8 lipca 2011

Pasta z bobu

-wpadasz na herbatę?
-lepiej zaproś mnie na obiad.

I jeszcze ma być nie azjatycki! No to cóż począć? Włoska wyprawa Jamiego w dłoń i gotujemy. Niespecjalnie ciekawa zupa z pieczonych pomidorków koktajlowych i crostini z absolutnie cudną pastą z bobu. Jamie używa do pasty parmezanu, a mi wpadł w oko gruyere i pomyślałam, że mogą się ciekawie komponować. Poza tym trochę zmieniłam proporcje. Jak nie spróbujecie to jesteście gapy!


400g bobu
100g groszku
pół szklanki startego sera gruyere lub na jaki macie ochotę
garść listków mięty
łyżka soku z cytryny
oliwa z oliwek
sól i świeżo mielony pieprz

kilka kromek białego pieczywa
ząbek czosnku
oliwa z oliwek

Opłukany bób i groszek wrzućic do gotującej się, lekko posłodzonej i posolonej wody. Gotować ok 5 minut. Bób na pewno nie będzie całkiem miękki, ale właśnie o to chodzi.
Do blendera wrzucić mięte, podgotowany, obrany bób i większość groszku, zmiksować na dość gładką masę, dodać ser, resztę groszku i tyle oliwy by uzyskać odpowiednią konsystencję. Doprawić do smaku sokiem z cytryny, solą i pieprzem. Schować do lodówki na przynajmniej pół godziny.

Pieczywo opiec w piekarniku i potrzeć przekrojonym na pół ząbkiem czosnku. Lekko skropić oliwą i posmarować cudną pastą, której kolor az kłuje w oczy. Smacznego:)


poniedziałek, 4 lipca 2011

Zupa z tego co było w domu

Bo zimno i pada, bo nie chce się wychodzić do sklepu, bo te pomidory przecież zaraz się zepsują.
Kilka dni temu przygotowywałam kopytka z kurkami i sosem pomidorowym z tego przepisu. Zupę zrobiłam na bazie pozostałego sosu, ale podam wam przepis od początku do końca.



Krem pomidorowo bazyliowy

4 dojrzałe pomidory malinowe obrane ze skóry i pokrojone
szklanka listków bazylii
2-3 łyżki serka philadelphia (z mascarpone pewnie byłoby jeszcze lepsze)
2 cebule
4 ząbki czosnku
sól, pieprz
łyżka octu balsamicznego
łyżka oliwy

W garnku z grubym dnem rozgrzać łyżkę oliwy. Wrzucić pokrojoną cebulę i lekko posolić, podsmażać chwilę na wolnym ogniu po czym dodać czosnek. Kiedy cebula i czosnek będą zeszklone dodać pomidory, ocet i gotować pod przykryciem, na wolnym ogniu ok 15 min.
Do gotowych pomidorów dodać całą bazylie, gotować jeszcze chwilkę żeby zmiękła po czym zdjąć z ognia i zmiksować całość na gładką masę. Jeśli jest zbyt gęsta można dodać trochę wody, ale z dojrzałych pomidorów powinno być tyle soku, że raczej nie będzie do konieczne. Teraz dodać serek, zmiksować jeszcze raz i doprawić solą i pieprzem do smaku.